wtorek, 17 grudnia 2013

Wesołych Świąt!



niedziela, 8 grudnia 2013

Co może zdziwić mieszkańca Polski południowej na północy kraju – cd.



Ciąg dalszy postu z lipca: klik
- Wciąż jest zimno i wieje. Ostatnio powiało tak, że na Bałtyku powstały czterometrowe fale.
- Święty Mikołaj zostawia prezenty w butach. Dzień wcześniej pastujemy, glansujemy nasze buty i wystawiamy Mikołajowi by rankiem szóstego grudnia odkryć w nich prezent. Wiadomo, duża stopa, duży prezent. Wnioskuję również, że Hobbici, syreny i Wojciech Cejrowski nie dostają prezentów od pomorskiego Mikołaja. Na Podkarpaciu nie ma kategoryzacji miejsca doręczeń.
- Świeczniki adwentowe. Siedmioramienne świeczniki (często lampki udające świeczniki) w kształcie trójkąta stawiane w oknach. I tak, albo w każdym tygodniu Adwentu zapalamy codziennie po jednej, czyli w niedzielę świecą się wszystkie, albo każdej niedzieli świecimy po jednej - przy świecznikach czterodzielnych (o ile dobrze zrozumiałam). Tak czy inaczej w oknach możemy zaobserwować w tym okresie charakterystyczne trójkątne lampki.
- W mieście Sopot zauważalna jest wyjątkowo duża ilość psów. Wydaje się, że każdy kto tu mieszka ma średnio tak ze dwa psy. Najczęściej są to rasowce przypominające lwy, mumie czy małe kłębki wełny. Oczywiście bardzo to pozytywne i chlubne, tylko gorzej już ze sprzątaniem po psie, co przyjezdni od razu zauważą.
- Przyjęciny. To nie zniekształcone słowo "przyjęcie" tylko inna nazwa na I komunię świętą.
- Przerażająca aktywność kontrolerów tzw. kanarów. Tutaj nazywani są też "sztruksami". Rano są w prawie każdej kolejce i autobusie. Kanar z zasady jest arogancki, obraźliwy i nuci pod nosem "welcome to the jungle". Ponadto ubiera się na czarno (zazwyczaj w sztruksy) i łapie tych co nie mogą uciec, natomiast osoby większe od niego gabarytami oraz meneli puszcza wolno.
- Spotting. Coś takiego istnieje nie tylko na północy, ale ja spotkałam się z tym po raz pierwszy tutaj. Narzędzie użyteczne gdy zostawimy torbę w SKMce, jednak najczęściej są tam ogłoszenia typu: "pozdrawiam wysokiego bruneta, który jechał 5 grudnia o 6:50 rano SKMką z Wejherowa do Gdańska. Miałeś piękne błękitne oczy i białe słuchawki. Zauważyłam, że przeglądasz Twittera. Jak pociąg zatrzymał się na Żabiance uśmiechnąłeś się do mnie, a ja mrugnęłam lewym okiem. To ja, dziewczyna z kapturem na głowie. Odezwij się w komentarzu etc."
Love is in the air.

czwartek, 5 grudnia 2013

Biesia zasłona (opowiadanie)






To miało być krótkie przejście. Ze względu na nieprzychylną aurę pogodową nie zdecydowali się na nic dłuższego. Padało od dwóch dni i dopiero dzisiaj nieśmiało wyjrzało słońce. Nie świeciło jednak na tyle długo i intensywnie by bieszczadzkie dróżki, ścieżki i trakty stały się całkowicie suche i dostępne. Nawet droga do sklepu naznaczona była błotnistymi korytami zostawionymi przez samochody oraz mniejszymi wgłębieniami poczynionymi przez ludzi. Podjęli jednak decyzję o wyjściu tego dnia na szlak. W Bieszczadach zatrzymali się tylko na kilka dni, a większość z nich spędzili na piciu piwnego grzańca w tutejszych knajpach i bezmyślnemu gapieniu się na deszcz. Gdy w końcu przestało padać decyzja o wyjściu w góry została podjęta jednomyślnie. Mieli wystartować z miejscowości, w której się zatrzymali – Wetliny i dotrzeć poprzez pasmo gór do oddalonego raptem o kilka kilometrów Smereka, którego nazwę nosi również szczyt, przez który chcieli przejść. Przy lepszej pogodzie byłby to zaledwie spacerek, preludium do dalszych tras. Dzisiaj jednak i to zdawało się być poważnym przedsięwzięciem.
Aśka, Karola i Marcin. Jeździli w Bieszczady każdej jesieni by z dala od zgiełku i tłumu miasta pooddychać kilka dni świeżym powietrzem, pochodzić po górach, zmęczyć się i wypocząć, nabrać świeżej energii przed nadchodzącą zimą. Wprawieni w górskich wycieczkach, wyposażeni w nieodzowny sprzęt i ubranie, zapaleni do pokonywania leśnych wzniesień i wałów. Ich kwatera była położona nieco na uboczu, wiodła do niej piaszczysta droga, teraz tak samo jak wszystko inne mocno podmokła i miękka. Pokoje wynajmowała starsza pani, która mieszkała razem ze swoim wiekowym ojcem, reszta rodziny uciekła do stolicy. Kobiety prawie w ogóle nie spotykali, natomiast starzec całymi dniami siedział na dworze lub w małej werandzie. Albo coś strugał z lipowych deseczek, albo czytał gazetę, albo po prostu nic nie robił, tylko patrzył w dal niewidzącym wzrokiem.
Tamtego dnia wyszli na szlak dość późno, jak na jesienną porę, bo około godziny dziesiątej. Wszystko przez to pochmurne niebo dające złudne wrażenie, że jest jeszcze wcześnie. Aśka z Karolą postanowiły oznajmić gospodarzom, że wychodzą na szlak i gdzie się udają. Tak z globtroterskiej zasady, na wszelki wypadek. Pani domu nigdzie nie mogły znaleźć, toteż zmuszone były poinformować staruszka. Siedział jak zwykle przed domem i czytał gazetę.

środa, 20 listopada 2013

Być modnym w 3 City


Co nosimy tej jesieni w Trójmieście. Hity z ulicy.
1. Futro. Misiek, kożuszek, wełniaczek, włochacz. Cokolwiek co ma sierść. Ewentualnie z braku takiego można wziąć pluszowego misia do SKM i udawać, że to kaptur lub torebka.
2. Szale i chusty. Albo jeszcze lepiej – poncza. Cokolwiek czym możemy sie opatulić, okręcić, czy nawet zrobić z tego całun gdy czekamy na spóźniający się autobus i zapadamy w letarg (dobra jest kapa z łóżka). Sekretem, który kryje się pod wielkimi szalami jest...
3. Malutka skórzana kurteczka. Wprawdzie już listopad, ale z braku futra i z chęci bycia modnym zakładamy ją, po czym uszczelniamy wszystkie szpary chustą.
4. Spodnie rurki, legginsy, tregginsy, rajstopy, spodnie do konnej jazdy. Ma być wąsko. W Trójmieście ponadto spotykamy wyjątkowo dużo "panter", a "panterą" najłatwiej zostać ubierając się w legginsy w cętki.
5. Mimo, że moda na mega obcasy wciąż ma się dobrze, na trójmiejskich ulicach najczęściej można spotkać buty płaskie, najlepiej coś w stylu glanów, workerów, a także odmiany "uggów", botków i trampek. Jak pada deszcz – kalosze, ale tylko Huntery. Zasada jest taka, że muszą być wygodne i lekko "zmęczone życiem" (oprócz Hunterów).
6. Torba gigant. Taka co zasłania pół ciała, można się nią ochronić przed wiatrem oraz zmieścić w niej księgowość małej firmy.
7. Czapka – najlepiej ręcznie robiona, dokerka lub szara "kloszardówka". Ewentualnie wełniany kapelusz. A jak nie nosimy czapek to...
8. Kok-gniazdko, zrobiony na czubku głowy. Można sobie tą fryzurą zrobić szybki biologiczny lifting czoła.
9. Kolorystyka: czarny, szary, zieleń militarna, beżowy, brązowy, granatowy, biały.
To nie wszystko, bo jeśli chcemy naprawdę być mega-trendi musimy zaopatrzyć się w...
10. E-papieros. Stojąc w kolejce na poczcie, do kina, na dworcu, w trolejbusie, w sklepie. Gdziekolwiek. Wypuszczamy obłoki pary wodnej ku zgorszeniu tych, którzy trendi nie są.
Keep calm and smoke e-cigarette.


piątek, 15 listopada 2013

Sopoccy menele + dygresje



"Sopot never sleeps" – to jedno z czołowych haseł Sopotu. Dewizę tę wcielają w życie balangowicze, turyści łaknący mocnych-nocnych wrażeń i menele. Niby kurort, uzdrowisko, molo, Sheraton i Grand, a z drugiej strony: "kierowniku, pięćdziesiąt groszy..."
Oczywiście, pijaczkowie są wszędzie, nie ma co do tej kwestii wątpliwości. A atrakcje Sopotu idą łeb w łeb w tej dziedzinie z krakowskimi Plantami.
Jest tutaj kilka miejscówek, w których rezydują menele. Przede wszystkim ich gniazdo znajduje się na niewielkim skwerku przy ul.1 Maja blisko tunelu. Ławeczki, krzaczki (nie wydają na szalety), w pobliżu monopolowy, cukiernia i Alma, a kilka kroków dalej jadłodajnia Caritasu. Żyć nie umierać. Od rana do nocy odchodzą więc imprezy i żul-konwenty, a czasami czarny rynek gdy trzeba rozdystrybuować zawartość świątecznych paczek charytatywnych. A popołudniami następuje pomoc sąsiedzka gdy handlarze z tunelu zanoszą swój towar do samochodów, zawsze parę groszy wpadnie. A poza tym rozmowy o polityce i ekonomii ("patrz pan, a po co pracować jak i tak państwo zabiera połowę, ja to się chociaż do akcyzy dokładam, niech się cieszą"). Klasyka po prostu. Ponadto sopocki menel, tak jak zresztą każdy inny, żyje w zgodzie z naturą, na świeżym powietrzu, wygrzewa się na słonku (często na plaży), dużo wypoczywa, bo szybko się męczy, lubi towarzystwo, za duże adidasy, różnorakie torby i czapeczki, a do tego zazwyczaj jest lewakiem ("lepiej daj mi na jabola, niż księdzowi na merola").

piątek, 25 października 2013

Warto zobaczyć: Muzeum Dobranocek w Rzeszowie



Japończycy kochają Misia Uszatka. Precyzja wykonania kukiełek, tła, animacji znajduje w ich oczach najwyższe uznanie. Po japońsku nasza stara dobranocka nazywa się „Oyasumi Kumachan”, a głos misia brzmi jak dziecięcy (podkłada go kobieta). Takich rzeczy można dowidzieć się zwiedzając Muzeum Dobranocek w Rzeszowie – jedyne w Polsce takie muzeum. 
Był taki czas gdy wszystkie dzieciaki od Przemyśla po Gdynię oglądały dobranockę o godzinie 19 i znały tych samych bajkowych bohaterów. Te czasy przypominają ekspozycje w muzeum. Możemy w nim zobaczyć autentyczne kukiełki z łódzkiego Semafora: Misia Uszatka z ferajną czy Misia Coralgola w różnych odsłonach, łącznie z aranżacją ich bajkowego otoczenia. Ponadto przypomną nam się takie postacie jak: Baltazar Gąbka, Bolek i Lolek, Koziołek Matołek, Pingwin Pik-Pok, Plastuś, Reksio, Rumcajs i wiele innych, na czele oczywiście z Jackiem i Agatką – patronami muzeum. Ciekawostką są również oryginalne szkice, scenariusze, tła, recepty animacyjne, dzięki czemu możemy zobaczyć jak powstawały nasze ulubione dobranocki i jak wyglądała praca ich realizatorów "od kuchni". Ręka w górę kto oglądał bajki na projektorze? Kto miał grę "wilk i zając"? Komiks "Koziołek Matołek", "Tytus Romek i A'Tomek"? Szklankę z Rumcajsem, oliwkę "Jacek i Agatka", figurki Smerfów, gumę balonową "Bolek i Lolek", czytał o Przygodach Gapiszona w piśmie "Miś", pamięta gramofon "Bambino"...? To wszystko można jeszcze raz zobaczyć w jednym miejscu. Muzeum jest oczywiście przeznaczone głównie dla dzieci, organizuje dla nich różne pokazy i eventy, jednak frekwencja wśród dorosłych przerasta najśmielsze oczekiwania założycieli. A założycielem jest prywatna osoba, pan Wojciech Jama, który przez wiele lat kolekcjonował pamiątki po bajkach PRLu. Z pasji kolekcjonerskiej powstała inicjatywa samorządowa i obiekt publiczny.
Cóż więcej można dodać, to trzeba zobaczyć. Jeśli ktoś chce wsiąść w wehikuł czasu to warto.
Bilety w cenie 7 zł i 4 zł.



czwartek, 10 października 2013

Ptaki w mieście

Porównując dwa regiony trudno nie zahaczyć choć odrobinę o specyfikę ich fauny i flory. Pomijając fakt oczywisty tj. ukształtowanie terenu oraz jego wilgotność występuje w nich kilka wyznaczników, które na pierwszy rzut oka łatwo przeoczyć. Dzisiaj przyjrzę się bliżej faunie, a dokładnie mówiąc: jej skrzydlatej miejskiej kategorii. Jakie ptaki śpiewają nad szumiącym morzem? Pamiętacie dreszczowiec Hitchcocka? Jedna z pierwszych scen to atak mew na dziecięce przyjęcie. Nie dziwię się dlaczego właśnie ten gatunek został tak nieprzychylnie wyróżniony przez mistrza. Mewy to drapieżcy, zimni i przebiegli. Mewa to połączenie rosyjskiego szpiega z gestapowcem. Bacznie obserwuje, lustruje, zagląda. Jej blade oko śledzi każdy Twój ruch, czasem wydaje się, że spod skrzydła wyciągnie giwerę. Mewa zawsze wie dokąd idzie (w odróżnieniu od gołębi, które kręcą się w kółko), ma cel, ma plan. Jest odważna i zawsze wkurzona. Jest doskonałym lotnikiem nieustannie gotowym zrzucić swój ładunek, potrafi szybować podczas burzy, dobrze pływa i biega po lądzie. Rodzina mew tworzy liczny oddział. Nad Bałtykiem rozróżnić możemy co najmniej sześć ich gatunków. Najczęściej spotykane i najmniejsze z nich to mewy śmieszki. Ten gatunek możemy spotkać też na Podkarpaciu w pobliżu rzek, jezior a nawet wysypisk śmieci. Kolejne co do wielkości to mewy małe, pospolite, żółtonogie, srebrzyste, siodłate (największe). Oprócz mew możemy natknąć się również na ich młodszą siostrę rybitwę. To taka rozwrzeszczana, zawadiacka krewniaczka o charakterystycznej czarnej główce, często nurkująca po pożywienie (mewy nie nurkują), a gorzej radząca sobie na lądzie.




piątek, 27 września 2013

Trochę o regionalizmach

Ostatnio znajomy oznajmił mi, że jechał pociągiem z panią z Rzeszowa. Skąd wiesz?, zapytałam. Powiedziała Ci? Nie, odparł. Mówiła: „miszcz” i „czymam”. Czy rzeczywiście Podkarpaciaki tak mówią? Przyznam się, że przez cały czas mojego bytowania na Podkarpaciu nie wychwyciłam tych niuansów, teraz zaś coraz częściej zaczynam je zauważać. Jako, że nie jestem językoznawcą postanowiłam sięgnąć do Internetu, zapytać wujka Google i ciotki Wikipedii, jak to mówią gimnazjaliści. Doszukałam się wskazań na dialekt małopolski, czyli osłabienia pewnych grup spółgłoskowych. Mamy więc: czeba, czymać, czy, dźwi, czcina, czmiel, dżewo (wymawiane jako jedna głoska) itp. No i moje ulubione, z przekorą i determinacją stosowane: Andżej. Pomorzakom śpieszę donieść, że Rzeszowiak i Krakowiak to dwa bratanki. Łączy ich wspólna historia (zabór austriacki, wspólnie tworzona historyczna kraina Galicji) oraz powiązania rzec by można konsumpsyjno-naukowe. Rzeszowiaka z Krakowem dawnej łączyły głównie uczelnie wyższe, na które mieszkańcy grodu nad Wisłokiem gremialnie wstępowali. Następnie, tak gdzieś w końcówce ostatniej dekady, rozpoczęły się wędrówki do krakowskich galerii handlowych (o tempora, o mores!). W ciągu ostatnich kilku lat Rzeszów stał się i ośrodkiem akademickim i mekką handlu. Przy czym statystycznie rzecz ujmując wzrost liczby profesorów uczelni wyższych jest odwrotnie proporcjonalny do wzrostu powierzchni handlowej przypadającej na jednego mieszkańca. A mówi się, że w Rzeszowie ta ostatnia jest największa w Polsce. Ostatnimi czasy natomiast powiązania między dwoma miastami następują głównie poprzez zakupy grupowe. Romantyczny weekend w Krakowie, wypoczynek w krakowskim spa, trzy dni dla dwojga, powitaj jesień w krakowskim aquaparku itd. Nie znam chyba Rzeszowiaka, który z takiej oferty choć raz nie skorzystał.
Inna moja refleksja dotyczy słynnego regionalizmu: „wyjść na pole”. Dla Podkarpaciaka to zwrot używany powszechnie ale cokolwiek wstydliwy, „na dwór” brzmi mu może czasem nielogicznie, ale stara się mówić „po warszawsku”. Natomiast dla Krakusa „na pole” to dumny element przynależności regionalnej i koniec tematu. Od czasu do czasu używam go z przemyślaną premedytacją testując Pomorzaków i o dziwo każdy rozumie, nikt się nie śmieje. Podobnie rzecz się ma z galicyjskim „ubrać buty, kurtkę...” zamiast włożyć. Jeśli zaś chodzi o pewne słowa używane na Pomorzu np. szlory (buty), jo (tak, potwierdzenie), sznek (drożdżówka), zakluczyć (zamknąć kluczem), bieda (ćma) to dla mnie były początkowo zupełnie niezrozumiałe, że nie wspomnę o gwarze kaszubskiej, którą określić można jako odrębny język.

wtorek, 17 września 2013

Kamienica Bergera w Sopocie




Kamienica J. J.Bergera w Sopocie. Utrzymany w stylu późnego klasycyzmu budynek przy ulicy Obrońców Westerplatte. Wdzięczny element polskiego horroru "Widmo" z 1985 roku. Pompatyczny Henryk Bista, jowialny Jerzy Stuhr, seksowna Grażyna Szapołowska, młody Michał Bajor, tajemniczy Jerzy Zelnik. Kamienica powstała w latach 70. XIX wieku na zlecenie gdańskiego radcy handlowego J. J. Bergera. Wtedy jeszcze ulica nosiła nazwę Willenstrasse czyli Willowa. Potem, w okresie międzywojennym, w budynku osiedlił się radca budowlany, Karl Hildenbrandt. Po drugiej wojnie światowej w murach budynku działała Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych, a jej przedstawiciele stworzyli tzw. "szkołę sopocką" w malarstwie czyli wyeksponowanie kolorów obrazu. Kolejno kamienicę zamieszkiwali i mieli w niej swoje pracownie różni artyści. Dzisiaj to zaniedbany budynek, prawdopodobnie odzyskany przez prawowitych prywatnych właścicieli.
To wszystko wiem od Agaty, która odwiedziła mnie w czerwcu. Wybrała sobie na urlop wyjątkowo deszczowy tydzień (lub też tydzień ten wybrał ją), więc z leżenia na plaży nic nie wyszło.

niedziela, 1 września 2013

Pomorskie karczmy góralskie?



Przestało mnie już dziwić, że pamiątki sprzedawane dajmy na to na bulwarze w Gdyni są identyczne z tymi, które można kupić nad Soliną w Bieszczadach lub na zakopiańskich Krupówkach. Różnią się jedynie podpisami – Solina 2012, Pozdrowienia z Sopotu, Zakopane itd. Gdy przyjrzymy się bliżej takiemu suwenirowi odkrywamy z rozczarowaniem maleńką naklejkę "made in PRC" tj. People's Republic of China. Kalkulujemy wtedy szybko, że ten dzwoneczek, stateczek czy inny pierdółeczek kosztował pewnie na hurtowni 2 zł, a my daliśmy 22 i odklejamy kompromitującą etykietkę, żeby ciocia, której to cacko kupiliśmy nie pomyślała o nas żeśmy sknery.
Cóż, globalizacja. W różnych częściach Polski są te same sklepy i restauracje czemu nie pamiątki? A co z jadłodajniami i przybytkami charakterystycznymi dla danego regionu? Chodzi mi tu o karczmy góralskie i nadmorskie tawerny. Na tapetę weźmy te pierwsze – karczmy góralskie w nadmorskich miejscowościach. Czy to może się udać? Z pewnym wahaniem muszę odpowiedzieć, że może.

środa, 21 sierpnia 2013

Piraci w Gdańsku


W Gdańsku piratów mamy trzech: jeden państwowy i dwóch prywatnych. Zakotwiczyli swoje szkuty na Starej Motławie i grasują w okolicy ulicy Długiej i Długiego Targu siejąc popłoch wśród tysięcy turystów przewijających się w sezonie letnim przez te rejony. A właściwie popłoch sieje tylko jeden z nich, niejaki Czerwony Korsarz, przez strażników miejskich zwany zakałą i wrzodem na gnuśnych strażniczych czterech literach. Ale po kolei... Oficjalnego, państwowego pirata nie widziałam jeszcze, a podobno jest na co popatrzeć, bo młody i odziany w strój historyczny piętnastowiecznego kapra (w odróżnieniu od "prywaciarzy", którzy mają image rodem z filmu o piratach). Dodatkowo pirat wybrany przez urząd miasta może się popisać gruntowną wiedzą historyczną na temat swojego alter ego, a poza tym – rzecz niebywała na Głównym Mieście - pozuje do zdjęć za darmo. Pirat Non Profit jest kontynuacją świeckiej gdańskiej tradycji, która zapoczątkował pan Andrzej Sulewski, gdański urzędnik, przechadzający się w kaperskim stroju i zabawiający zwiedzających przez niemal 20 lat kapitalistycznej Polski. Aby zapełnić lukę jaka powstała po odejściu pana Andrzeja, a którą skwapliwie wykorzystali przedsiębiorczy gdańszczanie, władze postanowiły rozpisać konkurs na nowego certyfikowanego pirata. Związana z tym faktem była cicha nadzieja, że jego pojawienie się wypłoszy niechcianego Korsarza. Wyszło tak jak zawsze, czyli nie wyszło w ogóle. Czerwony dalej okupuje ulicę Długą i Długie Pobrzeże, którymi turyści rozpoczynają zwiedzanie, natomiast certyfikowany lawiruje w pozostałych ekskluzywnych zakątkach starówki.
Piraci prywatni, wspomniany wcześniej Czerwony Korsarz oraz Krwawy Leo, przypominają wyglądem hybrydę Jacka Sparrowa i Szalonego Kapelusznika, choć do Johnnego Deppa im daleko. Na nieszczęście dla jednego z nich są niezwykle do siebie podobni i łatwo ich pomylić. Siwa broda, pasiaste, biało-granatowe koszulki, czerwone portki, buty z cholewami, przepaska na oku – koniecznie z trupią czachą i piszczelami, bransolety, sygnety, łańcuchy i co jeszcze da się przywiesić lub przypiąć. Wieść gminna niesie, że prawdziwy gdański pirat powinien w tym całym biżuteryjnym rynsztunku sypiać, co przynosi powodzenie u turystów. Prywaciarze zaczepiają spacerowiczów, pozwalają sobie zrobić odpłatne zdjęcie no i są oczywiście malowniczym elementem nadmotławskiej scenerii. To w teorii. W praktyce sprawa wygląda mniej sielankowo z uwagi na natrętną działalność Czerwonego Korsarza. Swoją pieczęcią niczym halabardą uderza przechodniów po odkrytych częściach ciała (nierzadko po dekoltach), porywa kobiety żądając za nie okupu, awanturuje się, bluźni, wyzywa. Powiadają, że ma wikińskie korzenie sięgające aż do Haralda III, co powinno wszystko wyjaśnić. Przy czym odznacza się sprytem cygańskiego dziecka, zwłaszcza w dziedzinie wyostrzonego zmysłu ostrzegawczego przed policją lub strażą. A ta ostatnia rozkłada ręce usprawiedliwiając się, że póki nie ma oficjalnych doniesień ze strony poszkodowanych, nie może nic z Czerwonym zrobić. Co więcej to pirat skarży się i wnosi sprawy na policję – głośny przypadek "porwania" turystki, którą uderzył kolbą pistoletu, na co towarzyszący jej mężczyźni zareagowali "godnie" ściągając w ten sposób na siebie doniesienie Korsarza o jego pobiciu. Kilka innych faktów z życia Korsarza to: chęć zbudowania okrętu za 26 mln zł na co chce zbierać pieniądze ("będę robił to, co robił Owsiak"), na jednym z portali społecznościowych oferuje bezrobotnym konsultacje w dziedzinie otwierania własnej firmy, w tym samym miejscu deklaruje także, że aby zrealizować swoje cele wykorzystuje wszelkie możliwe sposoby oraz, że łatwo nawiązuje kontakty z ludźmi. Ta łatwość w komunikacji interpersonalnej przejawiać się może w tym, że widywano go jak wymachuje "pirackim" nożem, którym podobno pociął kurtkę jednemu z fotoreporterów podczas tegorocznego Orszaku Trzech Króli. 
Jednak najbardziej pokrzywdzonym w tej pirackiej kabale jest drugi z prywaciarzy, Krwawy Leo. Jowialny, kolorowy jegomość, który często mylony jest ze swoim brutalniejszym kolegą po fachu. Pomyłki są do tego stopnia dotkliwe, że niedawno Leo został pobity przez chcących "przemówić do rozsądku" Czerwonemu Korsarzowi. Pierwsza gdańska krew w pirackim świecie się polała, a mieszkańcy omijając szerokim łukiem wszystko co pirata przypomina, czekają na ciąg dalszy spektaklu.

piątek, 2 sierpnia 2013

Refleksyjnie cz. IV. Rzeszowska Trasa Podziemna



Deszcz pada od kilku dni, rzeszowska starówka moknie i szarzeje coraz bardziej. Małe strumyczki deszczówki przelewają się wzdłuż głównych deptaków. Aneta i Karolina smętnie wyglądają przez okno jednej z restauracji w Rynku.
- Mogłyśmy przyjechać tu o tydzień później – wzdychała Karolina, starsza z sióstr – wakacje nie uciekną, a zapowiadali, że w przyszłym tygodniu na południu ma się rozpogodzić. Aneta nic nie odpowiada, pociąga wolno łyk czekolady ze stylizowanej filiżanki i zaczyna jeszcze raz przeglądać menu. Starsza siostra jak zwykle ma rację, ale cóż im teraz po tej racji. Jest nudo, nie ma co robić.
- A z tą trasa podziemną to jak jest? Może będzie jeszcze czynna? – pyta po chwili. – Wujek mówił, że mają prawdziwe tatarskie łuki i zbroje i jakiś kościotrup tam leży, chciałabym to zobaczyć – wzdycha.
- No nie wiem Aneta, dochodzi pół do szóstej, może być zamknięte – Karolina dopija czekoladę.
- Może zdążyłybyśmy na ostatnią grupę? Są podobno co pół godziny – zachęca dziewczynka.
- No dobra, spróbujmy – starsza z sióstr wstaje z krzesła i zakłada kurtkę.
U wejścia do rzeszowskich piwnic wita ich ozdobny neon „Rzeszów zaprasza do trasy podziemnej”.

czwartek, 25 lipca 2013

Biesiariusz bieszczadzki czyli coś dla Pomorzaków wybierających się w dzikie góry

Krótki podział bieszczadzkich diabłów, świętych i innych stworów – za panem Andrzejem Potockim głównie, plus komentarze własne.


Biesy – odmiana diabła osiadła w części Karpat Wschodnich, zwanych od ich tutaj bytności Bieszczadami. Ich żywiołem są awantury, rozboje i gwałty. Biesy są od złego. Mogą przyjmować różną postać – ludzką, zwierzęcą, zjawiska przyrody, jednak najczęściej ukazują się jako brodaty mężczyzna w kwiecie wieku.

Czady – odmiana diabła osiadła w części Karpat Wschodnich, zwanych od ich tutaj bytności Bieszczadami. Czady są od dobrego, choć to też diabły. Patronują czadowym wyprawom i czaderskim imprezom. Pojawiają się pod postacią podobną Biesom, dlatego czasem trudno odróżnić jednych od drugich.

Dusiołki – ich symbolem są drewniane figurki sprzedawane w całych Bieszczadach. Istoty opiekuńcze acz złośliwe. W wyglądzie niewielkie, kanciaste, z drewna wyciosane, długonose i brodate, choć zdarzają się też Dusiołki płci żeńskiej i te najczęściej brody nie posiadają. Odmiany Dusiołków to: Jasienie – od szczęścia do dziewek, Berdniki – od piwa dostatku, Beskidniki – od skarbów i pieniędzy, Smolniczki – od bydła, Mokliki – od koni, Połoninki – od mocnej głowy do trunków, Caryńczyki – od szczęśliwego zaciągu do lisowczyków, Kińczyki – od choroby świętego Walentego i wierszy pisania, Łopienki – od zdolności malowania ikon, Zubeńki – od muzyki.

Dusiołkiem posługujemy się tylko jakiś czas, w porę trzeba go przekazać dalej, bo może takiż duch przynosić pecha.

Rusałki Górskie lub Miawki – pod postacią pięknych płowowłosych dziewcząt z modrymi oczami i chabrowymi wiankami na głowie. Zwodzą, mamią, wyprowadzają w przepastne lasy. A jak ich czystość naruszysz to padniesz trupem od pioruna. Niebezpieczne tylko dla płci brzydszej. 

Propastnyk – niewidzialny duch, zły jak wichura, grad, zatrute źródło. Gdy wiesz, że cię dopadł musisz powiedzieć: szczeźnij duchu, nieczysty, szczeźnij…

Błądzoń – biesik mały i figlarny sprowadzający na wędrowca pogubienie, zwłaszcza po zmroku. Jest na tyle niewielki, że może schować się w krzewach rosnących przy drodze. Czasem tylko migną jego różki – wtedy zawracaj wędrowcze!

Zmora – podobna do kota, w nocy dusi, siadając nieszczęśnikowi na gardo. Dawniej jeszcze włosy w kołtun splatała. Klasyka gatunku.

Mamuna – z dzieci robi odmieńców i sprawia, że dziewczyna/chłopak przestaje cię kochać. Można próbować czar jej odwrócić uderzając odmieńca (kochankę/kochanka) miotłą brzozową do pierwszej krwi, ale to zazwyczaj i tak nie skutkuje.

Upiór – taki jak wszędzie. Przebywa na starych cmentarzach i cerkwiskach oraz ruinach spalonych wiosek. Za nagłą śmierć odpowiada (chyba, że ta jest od pioruna – tutaj wini się Rusałki). Upiory wabią ludzi w góry tańcami i muzyką. Czasem są w zmowie z Błądzoniami. 

Bieszczadzkie Anioły – do spotkania na szlaku, choć trudno je rozpoznać, bo skrzydła noszą w plecaku. Poza tym są w trawie i opuszczonych sadach, a zimę spędzają w kapliczkach. Rozpalają w sercach wędrowców bieszczadzki ogień. Odsyłam do piosenki SDM z tekstem pana Adama Ziemianina. W świadomości i pamięci ludzkiej utrwaliły się poprzez festiwal „Bieszczadzkie Anioły” odbywający się na terenie Cisnej/Dołżycy w latach 2001-2009.

Cyryle – podobizny Św. Cyryla. Szczęście i powodzenie prawym ludziom przynoszą. W Bieszczadach pierwsze krzyże stawiali uczniowie Cyryla i Metodego, stąd zaczerpnięcie. Najbardziej znane „cyryle” to te rzeźbione przez Jędrka zwanego Połoniną – tzw. „ruscy święci”.


Zapraszamy na szlak.

czwartek, 18 lipca 2013

Co może zdziwić mieszkańca Polski południowej przybyłego na północ kraju?



Na chybił trafił, kilka spostrzeżeń wyciągniętych z kapelusza:

- Jest zimno i wieje. A właściwie wieje przede wszystkim. Jeśli pojawiamy się na Pomorzu i nie jest zimno, a tym bardziej nie wieje, to oznacza, że mamy wielkie szczęście i od razu udajemy się do kolektury Lotto w Gdyni (gdzie podobno padło najwięcej w Polsce „szóstek”).
- Morze jest zimne. Rozwinięcie myśli podobne jak w punkcie pierwszym.
- Sprzedają oscypki i wełniane skarpety hand made w przy głównych turystycznych atrakcjach.  Dla przypomnienia – dla Pomorzaków głównie – „osypek” jest nazwą zastrzeżoną dla sera wyrabianego z mleka owczego. Dlatego też w skrytości Podkarpaciak rozgląda się czy tutaj gdzieś nie ma pastwiska z owcami pilnowanego przez bacę dziergającego z nudów wełniane artefakty.
- O! Meduza! - w rzeczy samej, to zwierzę jest niezmiernie rzadko spotykane na całym Podkarpaciu.
- Długość dnia. Chodzi tutaj o czas operowania słońca. Na północy Polski letni dzień jest o godzinę dłuższy, natomiast zimowy – o godzinę krótszy.
- Zając, a raczej zwyczaj zająca. O zwyczajach świątecznych będzie kiedy indziej, teraz tylko nadmienię, że jest to zwyczaj na Podkarpaciu mało znany (lub w ogóle). Krótko mówiąc, w pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych wspomniany zając ukrywa drobne upominki lub słodycze, które Pomorzaki odnajdują w sielankowej atmosferze swojego ogrodu lub balkonu.
- Dziadki do orzechów towarzyszące wystrojowi Świąt Bożego Narodzenia. Niby Podkarpaciak wie kim był bohater Hoffmanna (ewentualnie słyszał coś o balecie Czajkowskiego), ale i tak niezmiernie dziwi mnogość wąsatych, pękatych, zębiastych żołnierzyków na pomorskich wystawach, ozdobach, dekoracjach.
- Ryby na śniadanie, obiad i kolację. Z przyczyn oczywistych takie dania są naturalne dla tego regionu i z tych samych przyczyn na południu Polski występują rzadziej w jadłospisach. Najpopularniejszym, najszybszym daniem jest oczywiście zupa rybna, taki rosół ugotowany na wszystkim co morze wyrzuciło (mogą być też syrenie ogony,  części wraków, fitoplankton itd).
- Klomby ogródkowe zrobione ze starych opon. Kuriozum, fenomen, rzecz osobliwa. Stara opona pomalowana zazwyczaj na biało lub srebrno powyginana w kształt lilii wodnej, kosza lub łabędzia, w środku posadzone kwiaty. Amerykańscy naukowcy nie są zgodni co do genezy ich powstania.
- Tutaj bursztyny są najdroższe w Polsce. Wiadomo co chodzi, bez komentarza.

Kolejne obserwacje w następnym odcinku. Pozdrawiam serdecznie.

piątek, 12 lipca 2013

Refleksyjnie cz. III. Dla Krzyśka.



Chcecie wiedzieć jak to z Biesem Złotobrodym i babą było? No to wam opowiem. Ale tak o suchym ryju to opowieść nie idzie, dałby pan coś do przepłukania gardła. O tak, regionalne może być. Ależ upał dzisiaj, krucafiks, człowiekowi aż słabo się robi, ale złoty płyn dobry jest na frasunki. Państwo to z daleka są? A tak tak, bywałem to ja Gdańsku, jak młody byłem, bo ja z Grudziądza jestem. Raz to nawet parę dni z kolegami na plaży spaliśmy i dziewczynę tam miałem, piękną pani, jak syrenka. No ale cóż, zachciało mi się pobieszczadować. Ja nie żałuję, wolny tu jestem. Na połoninkę sobie pójdę, popatrzę na słonko, powdycham sosnowego lasu, z pieskiem sobie pogadam, a to przyjaciel wierny jest, jak nikt inny. No tak, co ja to…aha, Bies Złotobrody nie był, wiecie państwo, tym z najgorszych biesów. Ot takie tam biesisko co to pranie zerwie i w błoto rzuci, ogień zagasi pod piecem, konia za ogon pociągnie i takie tam, krucafiks, psoty robi.

środa, 10 lipca 2013

Zima na Północy, lato na Południu. Krótko i subiektywnie.



O ile nie jesteśmy fanem leżenia plackiem na plaży cały dzień, ani rozciapanych gofrów z bitą śmietaną w temperaturze otoczenia, to latem pojawienie się w głównych kurortach Pomorza (a zwłaszcza w Sopocie) nie jest zalecane. Podobnie, o ile nie czekamy cały rok na zimowe szaleństwo na górskim stoku, modląc się do wszystkich możliwych górskich duchów o choć kilka śnieżnych weekendów, to zima w górach też nie będzie nam sprzyjać. Latem, w takim to Sopocie, musimy nieźle się natrudzić by postawić stopę na wolnym kawałku chodnika, o plaży nie wspominając. Patrząc z góry na Monciak (ul. Bohaterów Monte Cassino – główny deptak Sopotu, prowadzący do Mola) mamy przed sobą wielką kolorową, gwarną rzekę, ewentualnie chińskiego, wielosegmentowego smoka wywalającego swój jęzor na molu. Spotkałam się z określeniem „stonka” na turystów, których jak możemy się domyślić po tej wdzięcznej nazwie, autochtoni kochają. Jako że jesteśmy już w kurorcie, nad morzem, trzeba skorzystać z chwil plażowania. Przedzieramy się przez ten istny karnawał w Rio, pośród okrzyków „mamo, kup!” oraz „wer is sikhaus?” i docieramy do wielkiej piaskownicy.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Refleksyjnie cz. II.





Czerwony, zielony, niebieski, czarny,
Kto nie posłucha ma żywot marny.
Twoja łódź płynie pod prąd,
Wracaj stąd na stały ląd.



Rozgrzany piasek rozpryskuje się przy każdym podskoku. Skromna błękitna sukienka i czerwony rozpinany sweterek zdobiony falbankami wydają się nieco zbyt ciepłe jak na ten skwarny dzień. Dwa jasne kucyki przepasane wielkimi, niczym ważki-giganty, niebieskimi kokardami, podskakują przy każdym ruchu dziewczynki. „Czerwony, zielony, niebieski, czarny” – przeskoczyła przeszkodę z muszelek na prawej nodze. „Kto nie posłucha ma żywot marny” – z powrotem na lewej. Dzieci mają niespożyte pokłady energii, myślę. Taki dzień jak dziś sprzyja tylko leniuchowaniu, a ta mała skacze jak młoda sarna. A może jak konik morski, tu nad morzem to pewnie trafniejsze określenie. Właściwie nie wiem kiedy przyszła, musiałam zdrzemnąć się na chwilę. Patrzę na zegarek: dochodzi południe. Maciek dzwonił, że dziś wcześniej wraca z pracy, a więc przede mną jeszcze może godzinka słodkiego nicnierobienia. A ta mała to tak sama na plażę przyszła? Przecież może jej się coś stać, gdzie są jej rodzice? Zerwał się wiatr. Właściwie to cały czas wiało, jak to na Pomorzu. Nie mogę się do tego przyzwyczaić. Mało kiedy można posiedzieć na plaży bez efektów mini burzy piaskowej. Coś czuję, że za chwilę to mini zmieni się w midi, a może i w maksi. Nie podobają mi się te chmury, tam nad Orłowem. „Wracaj stąd na stały ląd” – dochodzi do mnie fragment wyliczanki. Mała ma wyczucie chwili, nie ma co.

piątek, 5 lipca 2013

Rzecz o komunikacji miejskiej



Bez zbędnych wstępów można powiedzieć, że na Pomorzu najpopularniejszym sposobem przemieszczania jest Szybka Kolej Miejska (SKM). Gdy pierwszy raz usłyszałam, że mam gdzieś się udać „kolejką” to przed oczami stanęła mi ciuchcia kopcąca dymem, rodem z dzikiego zachodu lub z kreskówki. Jakież było moje zdziwienie, gdy moim oczom objawił się zwykły pociąg, mocno wysłużony już i wyeksploatowany. Popularne eskaemki są czymś na kształt naziemnego metra (określenie jest zapewne mocnym nadużyciem na rzecz metra zwłaszcza, jeśli chodzi o ich szybkość, no ale cóż, jeździ to to na oddzielnych torach, ma dużą częstotliwość kursów, teoretycznie średnio co 10 minut i nie porusza się po trasie innych przewoźników). Mało komu wiadomo, że pomorska SKM została objęta patronatem Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego i poddawana jest obserwacji konserwatora zabytków, dzięki czemu w większości zachowuje wygląd i jakość rodem z czasów komunizmu. Eskaemka brała więc udział w wielkich dziełach historycznych takich jak np. „Człowiek z żelaza” (słynna scena rozdawania ulotek przez Jandę i Radziwiłowicza) czy „Czarny Czwartek” (robotnicy Stoczni Gdyńskiej jadący do pracy w grudniu 1970 roku). Wiele kolejek miejskich ma więc te same co 40 lat temu siedzenia, drzwi, okna i ogólnie cały ten „klimatyczny” anturaż. Stylówa. Nie muszę chyba mówić, że do nowoczesnych eskaemek nie wsiadamy, bo jest to potwarz dla niepodległościowej historii.

środa, 3 lipca 2013

Refleksyjnie cz. I.



Dumnie wyniosłe. Trudno dostępne. Caryce, matrony, księżne, córy skały i ziemi. Góry. Wspinam się, ziemia ucieka spod stóp, drobne kamyczki przeskakują nad powierzchnią buta. Tam spomiędzy mroku sosen otwiera się okno z widokiem na Połoniny. Stroma skarpa, muszę odpocząć. Pot leje się po plecach, włosy lepią się do czoła, kowbojski kapelusz zsunął się z głowy. Chwytam drobnych krzaków, tam na drodze stanęło mi drzewo. Buk – Przyjaciel. Korzenie niczym skołtunione podziemne węże przebłyskują nad powierzchnię ziemi. W końcu dopadam do niego, przytulam mokrą twarz do kory, przyjaciel wdzięcznie chłodzi. Skołatane serce bije coraz wolniej w rytm drzewnych soków. Oddychamy wspólnym życiem. Muszę iść dalej, tam już słychać szum morza. Morza traw na Połoninach. Jeden z węży chwycił mnie na nogę. Puszczaj, nie wiesz, że ja muszę już iść? Uścisk maleje, uwolniona noga dziwnie lekkim krokiem wspina się w górę. Jeszcze kilka metrów. Ktoś wyłania się zza drzew. Wysoka postać, bieszczadzki kapelusz. Przecież to Długi Adam, Zakapior*. Idziesz ze mną ku morzu, pytam. Nie, ja wracam do moich Biesów, trzeba się napić, pokontemplować. Bywaj, nie trać ducha. Mignął mi szarożółty, niczym sierść rysia, płaszcz. Już go nie ma. W końcu Połonina. Szum kosodrzewiny, porywisty wiatr, żar leje się z nieba. Parę kroków piaszczystą ścieżyną. Woda, zimna, ruchliwa, szum fal. Woda? To nie trawy tak się uginają pod naporem wiatru, to wodorosty tańczą w takt odpływu i przypływu. Jak tu iść, ja muszę dostać się tam, dalej, dalej…. Muszę. Woda przelewa się między stopami, jest coraz wyżej, tak trudno przesuwać się na przód. Chwilami fala popycha mnie do przodu, chwilami idę na przekór niej. Gdzie jest koniec tego morza? Poziom wody sięga mi już do pasa, trudno, ale przyjemnie. Przystaję. Odpoczynek dla zmęczonych nóg. Chłodno, orzeźwiająco, leniwie. Może tu zostanę, ale nie, krzyk mew podrywa mnie do dalszego marszu: „Chodź, śpiesz się, śpiesz się”. Pomocy Biesy, Dusiołki, Czady, Madonny, Górskie Duchy! Dodajcie sił. Z Połoniny zbliża się jeździec. Kasztanowa klacz płynie przez dywan drzew. Południowe słońce odbija się od lustra wody oślepiając mnie, przysłaniam ręką oczy. Jędrek Połonina**. Czarny kapelusz, dżinsowa, wyblakła koszula. Krzyczy coś. Czy on mnie przywołuje? Głośniej Jędrek. Głos Połoniny niesiony przez fale zmienia się w głuchy skrzek Trytona: „Zgubiłaś kapelusz! Weź mój”. Kapelusz jak spadająca gwiazda leci w moją stronę. Wypowiadam życzenie i wybijam się z wody, chwytam. Jest z filcu, nikt już takich kapeluszy nie robi.
Stop. Obudź się. U Świętego Jerzego biją dzwony. Czwarta nad ranem***.



*Adam Gałecki, zwany Długim. Przybył w Bieszczady z Pomorza. Obecnie stacjonuje w Ustrzykach Górnych.
**Andrzej Wasielewski (1949-1995), rzeźbiarz, malarz, ostatni bieszczadzki kowboj.
***Kto zna, ten wie.