czwartek, 25 lipca 2013

Biesiariusz bieszczadzki czyli coś dla Pomorzaków wybierających się w dzikie góry

Krótki podział bieszczadzkich diabłów, świętych i innych stworów – za panem Andrzejem Potockim głównie, plus komentarze własne.


Biesy – odmiana diabła osiadła w części Karpat Wschodnich, zwanych od ich tutaj bytności Bieszczadami. Ich żywiołem są awantury, rozboje i gwałty. Biesy są od złego. Mogą przyjmować różną postać – ludzką, zwierzęcą, zjawiska przyrody, jednak najczęściej ukazują się jako brodaty mężczyzna w kwiecie wieku.

Czady – odmiana diabła osiadła w części Karpat Wschodnich, zwanych od ich tutaj bytności Bieszczadami. Czady są od dobrego, choć to też diabły. Patronują czadowym wyprawom i czaderskim imprezom. Pojawiają się pod postacią podobną Biesom, dlatego czasem trudno odróżnić jednych od drugich.

Dusiołki – ich symbolem są drewniane figurki sprzedawane w całych Bieszczadach. Istoty opiekuńcze acz złośliwe. W wyglądzie niewielkie, kanciaste, z drewna wyciosane, długonose i brodate, choć zdarzają się też Dusiołki płci żeńskiej i te najczęściej brody nie posiadają. Odmiany Dusiołków to: Jasienie – od szczęścia do dziewek, Berdniki – od piwa dostatku, Beskidniki – od skarbów i pieniędzy, Smolniczki – od bydła, Mokliki – od koni, Połoninki – od mocnej głowy do trunków, Caryńczyki – od szczęśliwego zaciągu do lisowczyków, Kińczyki – od choroby świętego Walentego i wierszy pisania, Łopienki – od zdolności malowania ikon, Zubeńki – od muzyki.

Dusiołkiem posługujemy się tylko jakiś czas, w porę trzeba go przekazać dalej, bo może takiż duch przynosić pecha.

Rusałki Górskie lub Miawki – pod postacią pięknych płowowłosych dziewcząt z modrymi oczami i chabrowymi wiankami na głowie. Zwodzą, mamią, wyprowadzają w przepastne lasy. A jak ich czystość naruszysz to padniesz trupem od pioruna. Niebezpieczne tylko dla płci brzydszej. 

Propastnyk – niewidzialny duch, zły jak wichura, grad, zatrute źródło. Gdy wiesz, że cię dopadł musisz powiedzieć: szczeźnij duchu, nieczysty, szczeźnij…

Błądzoń – biesik mały i figlarny sprowadzający na wędrowca pogubienie, zwłaszcza po zmroku. Jest na tyle niewielki, że może schować się w krzewach rosnących przy drodze. Czasem tylko migną jego różki – wtedy zawracaj wędrowcze!

Zmora – podobna do kota, w nocy dusi, siadając nieszczęśnikowi na gardo. Dawniej jeszcze włosy w kołtun splatała. Klasyka gatunku.

Mamuna – z dzieci robi odmieńców i sprawia, że dziewczyna/chłopak przestaje cię kochać. Można próbować czar jej odwrócić uderzając odmieńca (kochankę/kochanka) miotłą brzozową do pierwszej krwi, ale to zazwyczaj i tak nie skutkuje.

Upiór – taki jak wszędzie. Przebywa na starych cmentarzach i cerkwiskach oraz ruinach spalonych wiosek. Za nagłą śmierć odpowiada (chyba, że ta jest od pioruna – tutaj wini się Rusałki). Upiory wabią ludzi w góry tańcami i muzyką. Czasem są w zmowie z Błądzoniami. 

Bieszczadzkie Anioły – do spotkania na szlaku, choć trudno je rozpoznać, bo skrzydła noszą w plecaku. Poza tym są w trawie i opuszczonych sadach, a zimę spędzają w kapliczkach. Rozpalają w sercach wędrowców bieszczadzki ogień. Odsyłam do piosenki SDM z tekstem pana Adama Ziemianina. W świadomości i pamięci ludzkiej utrwaliły się poprzez festiwal „Bieszczadzkie Anioły” odbywający się na terenie Cisnej/Dołżycy w latach 2001-2009.

Cyryle – podobizny Św. Cyryla. Szczęście i powodzenie prawym ludziom przynoszą. W Bieszczadach pierwsze krzyże stawiali uczniowie Cyryla i Metodego, stąd zaczerpnięcie. Najbardziej znane „cyryle” to te rzeźbione przez Jędrka zwanego Połoniną – tzw. „ruscy święci”.


Zapraszamy na szlak.

czwartek, 18 lipca 2013

Co może zdziwić mieszkańca Polski południowej przybyłego na północ kraju?



Na chybił trafił, kilka spostrzeżeń wyciągniętych z kapelusza:

- Jest zimno i wieje. A właściwie wieje przede wszystkim. Jeśli pojawiamy się na Pomorzu i nie jest zimno, a tym bardziej nie wieje, to oznacza, że mamy wielkie szczęście i od razu udajemy się do kolektury Lotto w Gdyni (gdzie podobno padło najwięcej w Polsce „szóstek”).
- Morze jest zimne. Rozwinięcie myśli podobne jak w punkcie pierwszym.
- Sprzedają oscypki i wełniane skarpety hand made w przy głównych turystycznych atrakcjach.  Dla przypomnienia – dla Pomorzaków głównie – „osypek” jest nazwą zastrzeżoną dla sera wyrabianego z mleka owczego. Dlatego też w skrytości Podkarpaciak rozgląda się czy tutaj gdzieś nie ma pastwiska z owcami pilnowanego przez bacę dziergającego z nudów wełniane artefakty.
- O! Meduza! - w rzeczy samej, to zwierzę jest niezmiernie rzadko spotykane na całym Podkarpaciu.
- Długość dnia. Chodzi tutaj o czas operowania słońca. Na północy Polski letni dzień jest o godzinę dłuższy, natomiast zimowy – o godzinę krótszy.
- Zając, a raczej zwyczaj zająca. O zwyczajach świątecznych będzie kiedy indziej, teraz tylko nadmienię, że jest to zwyczaj na Podkarpaciu mało znany (lub w ogóle). Krótko mówiąc, w pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych wspomniany zając ukrywa drobne upominki lub słodycze, które Pomorzaki odnajdują w sielankowej atmosferze swojego ogrodu lub balkonu.
- Dziadki do orzechów towarzyszące wystrojowi Świąt Bożego Narodzenia. Niby Podkarpaciak wie kim był bohater Hoffmanna (ewentualnie słyszał coś o balecie Czajkowskiego), ale i tak niezmiernie dziwi mnogość wąsatych, pękatych, zębiastych żołnierzyków na pomorskich wystawach, ozdobach, dekoracjach.
- Ryby na śniadanie, obiad i kolację. Z przyczyn oczywistych takie dania są naturalne dla tego regionu i z tych samych przyczyn na południu Polski występują rzadziej w jadłospisach. Najpopularniejszym, najszybszym daniem jest oczywiście zupa rybna, taki rosół ugotowany na wszystkim co morze wyrzuciło (mogą być też syrenie ogony,  części wraków, fitoplankton itd).
- Klomby ogródkowe zrobione ze starych opon. Kuriozum, fenomen, rzecz osobliwa. Stara opona pomalowana zazwyczaj na biało lub srebrno powyginana w kształt lilii wodnej, kosza lub łabędzia, w środku posadzone kwiaty. Amerykańscy naukowcy nie są zgodni co do genezy ich powstania.
- Tutaj bursztyny są najdroższe w Polsce. Wiadomo co chodzi, bez komentarza.

Kolejne obserwacje w następnym odcinku. Pozdrawiam serdecznie.

piątek, 12 lipca 2013

Refleksyjnie cz. III. Dla Krzyśka.



Chcecie wiedzieć jak to z Biesem Złotobrodym i babą było? No to wam opowiem. Ale tak o suchym ryju to opowieść nie idzie, dałby pan coś do przepłukania gardła. O tak, regionalne może być. Ależ upał dzisiaj, krucafiks, człowiekowi aż słabo się robi, ale złoty płyn dobry jest na frasunki. Państwo to z daleka są? A tak tak, bywałem to ja Gdańsku, jak młody byłem, bo ja z Grudziądza jestem. Raz to nawet parę dni z kolegami na plaży spaliśmy i dziewczynę tam miałem, piękną pani, jak syrenka. No ale cóż, zachciało mi się pobieszczadować. Ja nie żałuję, wolny tu jestem. Na połoninkę sobie pójdę, popatrzę na słonko, powdycham sosnowego lasu, z pieskiem sobie pogadam, a to przyjaciel wierny jest, jak nikt inny. No tak, co ja to…aha, Bies Złotobrody nie był, wiecie państwo, tym z najgorszych biesów. Ot takie tam biesisko co to pranie zerwie i w błoto rzuci, ogień zagasi pod piecem, konia za ogon pociągnie i takie tam, krucafiks, psoty robi.

środa, 10 lipca 2013

Zima na Północy, lato na Południu. Krótko i subiektywnie.



O ile nie jesteśmy fanem leżenia plackiem na plaży cały dzień, ani rozciapanych gofrów z bitą śmietaną w temperaturze otoczenia, to latem pojawienie się w głównych kurortach Pomorza (a zwłaszcza w Sopocie) nie jest zalecane. Podobnie, o ile nie czekamy cały rok na zimowe szaleństwo na górskim stoku, modląc się do wszystkich możliwych górskich duchów o choć kilka śnieżnych weekendów, to zima w górach też nie będzie nam sprzyjać. Latem, w takim to Sopocie, musimy nieźle się natrudzić by postawić stopę na wolnym kawałku chodnika, o plaży nie wspominając. Patrząc z góry na Monciak (ul. Bohaterów Monte Cassino – główny deptak Sopotu, prowadzący do Mola) mamy przed sobą wielką kolorową, gwarną rzekę, ewentualnie chińskiego, wielosegmentowego smoka wywalającego swój jęzor na molu. Spotkałam się z określeniem „stonka” na turystów, których jak możemy się domyślić po tej wdzięcznej nazwie, autochtoni kochają. Jako że jesteśmy już w kurorcie, nad morzem, trzeba skorzystać z chwil plażowania. Przedzieramy się przez ten istny karnawał w Rio, pośród okrzyków „mamo, kup!” oraz „wer is sikhaus?” i docieramy do wielkiej piaskownicy.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Refleksyjnie cz. II.





Czerwony, zielony, niebieski, czarny,
Kto nie posłucha ma żywot marny.
Twoja łódź płynie pod prąd,
Wracaj stąd na stały ląd.



Rozgrzany piasek rozpryskuje się przy każdym podskoku. Skromna błękitna sukienka i czerwony rozpinany sweterek zdobiony falbankami wydają się nieco zbyt ciepłe jak na ten skwarny dzień. Dwa jasne kucyki przepasane wielkimi, niczym ważki-giganty, niebieskimi kokardami, podskakują przy każdym ruchu dziewczynki. „Czerwony, zielony, niebieski, czarny” – przeskoczyła przeszkodę z muszelek na prawej nodze. „Kto nie posłucha ma żywot marny” – z powrotem na lewej. Dzieci mają niespożyte pokłady energii, myślę. Taki dzień jak dziś sprzyja tylko leniuchowaniu, a ta mała skacze jak młoda sarna. A może jak konik morski, tu nad morzem to pewnie trafniejsze określenie. Właściwie nie wiem kiedy przyszła, musiałam zdrzemnąć się na chwilę. Patrzę na zegarek: dochodzi południe. Maciek dzwonił, że dziś wcześniej wraca z pracy, a więc przede mną jeszcze może godzinka słodkiego nicnierobienia. A ta mała to tak sama na plażę przyszła? Przecież może jej się coś stać, gdzie są jej rodzice? Zerwał się wiatr. Właściwie to cały czas wiało, jak to na Pomorzu. Nie mogę się do tego przyzwyczaić. Mało kiedy można posiedzieć na plaży bez efektów mini burzy piaskowej. Coś czuję, że za chwilę to mini zmieni się w midi, a może i w maksi. Nie podobają mi się te chmury, tam nad Orłowem. „Wracaj stąd na stały ląd” – dochodzi do mnie fragment wyliczanki. Mała ma wyczucie chwili, nie ma co.

piątek, 5 lipca 2013

Rzecz o komunikacji miejskiej



Bez zbędnych wstępów można powiedzieć, że na Pomorzu najpopularniejszym sposobem przemieszczania jest Szybka Kolej Miejska (SKM). Gdy pierwszy raz usłyszałam, że mam gdzieś się udać „kolejką” to przed oczami stanęła mi ciuchcia kopcąca dymem, rodem z dzikiego zachodu lub z kreskówki. Jakież było moje zdziwienie, gdy moim oczom objawił się zwykły pociąg, mocno wysłużony już i wyeksploatowany. Popularne eskaemki są czymś na kształt naziemnego metra (określenie jest zapewne mocnym nadużyciem na rzecz metra zwłaszcza, jeśli chodzi o ich szybkość, no ale cóż, jeździ to to na oddzielnych torach, ma dużą częstotliwość kursów, teoretycznie średnio co 10 minut i nie porusza się po trasie innych przewoźników). Mało komu wiadomo, że pomorska SKM została objęta patronatem Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego i poddawana jest obserwacji konserwatora zabytków, dzięki czemu w większości zachowuje wygląd i jakość rodem z czasów komunizmu. Eskaemka brała więc udział w wielkich dziełach historycznych takich jak np. „Człowiek z żelaza” (słynna scena rozdawania ulotek przez Jandę i Radziwiłowicza) czy „Czarny Czwartek” (robotnicy Stoczni Gdyńskiej jadący do pracy w grudniu 1970 roku). Wiele kolejek miejskich ma więc te same co 40 lat temu siedzenia, drzwi, okna i ogólnie cały ten „klimatyczny” anturaż. Stylówa. Nie muszę chyba mówić, że do nowoczesnych eskaemek nie wsiadamy, bo jest to potwarz dla niepodległościowej historii.

środa, 3 lipca 2013

Refleksyjnie cz. I.



Dumnie wyniosłe. Trudno dostępne. Caryce, matrony, księżne, córy skały i ziemi. Góry. Wspinam się, ziemia ucieka spod stóp, drobne kamyczki przeskakują nad powierzchnią buta. Tam spomiędzy mroku sosen otwiera się okno z widokiem na Połoniny. Stroma skarpa, muszę odpocząć. Pot leje się po plecach, włosy lepią się do czoła, kowbojski kapelusz zsunął się z głowy. Chwytam drobnych krzaków, tam na drodze stanęło mi drzewo. Buk – Przyjaciel. Korzenie niczym skołtunione podziemne węże przebłyskują nad powierzchnię ziemi. W końcu dopadam do niego, przytulam mokrą twarz do kory, przyjaciel wdzięcznie chłodzi. Skołatane serce bije coraz wolniej w rytm drzewnych soków. Oddychamy wspólnym życiem. Muszę iść dalej, tam już słychać szum morza. Morza traw na Połoninach. Jeden z węży chwycił mnie na nogę. Puszczaj, nie wiesz, że ja muszę już iść? Uścisk maleje, uwolniona noga dziwnie lekkim krokiem wspina się w górę. Jeszcze kilka metrów. Ktoś wyłania się zza drzew. Wysoka postać, bieszczadzki kapelusz. Przecież to Długi Adam, Zakapior*. Idziesz ze mną ku morzu, pytam. Nie, ja wracam do moich Biesów, trzeba się napić, pokontemplować. Bywaj, nie trać ducha. Mignął mi szarożółty, niczym sierść rysia, płaszcz. Już go nie ma. W końcu Połonina. Szum kosodrzewiny, porywisty wiatr, żar leje się z nieba. Parę kroków piaszczystą ścieżyną. Woda, zimna, ruchliwa, szum fal. Woda? To nie trawy tak się uginają pod naporem wiatru, to wodorosty tańczą w takt odpływu i przypływu. Jak tu iść, ja muszę dostać się tam, dalej, dalej…. Muszę. Woda przelewa się między stopami, jest coraz wyżej, tak trudno przesuwać się na przód. Chwilami fala popycha mnie do przodu, chwilami idę na przekór niej. Gdzie jest koniec tego morza? Poziom wody sięga mi już do pasa, trudno, ale przyjemnie. Przystaję. Odpoczynek dla zmęczonych nóg. Chłodno, orzeźwiająco, leniwie. Może tu zostanę, ale nie, krzyk mew podrywa mnie do dalszego marszu: „Chodź, śpiesz się, śpiesz się”. Pomocy Biesy, Dusiołki, Czady, Madonny, Górskie Duchy! Dodajcie sił. Z Połoniny zbliża się jeździec. Kasztanowa klacz płynie przez dywan drzew. Południowe słońce odbija się od lustra wody oślepiając mnie, przysłaniam ręką oczy. Jędrek Połonina**. Czarny kapelusz, dżinsowa, wyblakła koszula. Krzyczy coś. Czy on mnie przywołuje? Głośniej Jędrek. Głos Połoniny niesiony przez fale zmienia się w głuchy skrzek Trytona: „Zgubiłaś kapelusz! Weź mój”. Kapelusz jak spadająca gwiazda leci w moją stronę. Wypowiadam życzenie i wybijam się z wody, chwytam. Jest z filcu, nikt już takich kapeluszy nie robi.
Stop. Obudź się. U Świętego Jerzego biją dzwony. Czwarta nad ranem***.



*Adam Gałecki, zwany Długim. Przybył w Bieszczady z Pomorza. Obecnie stacjonuje w Ustrzykach Górnych.
**Andrzej Wasielewski (1949-1995), rzeźbiarz, malarz, ostatni bieszczadzki kowboj.
***Kto zna, ten wie.

wtorek, 2 lipca 2013

Navigare necesse est



Egzystując w dwóch skrajnych częściach Polski nie sposób pominąć ważnego faktu podróżowania, przemieszczania się przez te 600-700 km. Sposobów jest parę, począwszy od pociągu, poprzez prywatny „czerwony bus” po nieistniejący już „złoty jak bursztyn samolot” (choć również w czerwonych barwach). Jadąc pierwszy raz do Sopotu, a było to już parę lat temu, wsiadłam do pociągu, wagon przedziałowy, pierwsza klasa i po 11 godzinach śmiertelnie wynudzona wysiadałam nad morzem. Był wczesny wieczór. Zdążyłam jeszcze spojrzeć na brudny wodny błękit i pomyśleć, że nie taki diabeł straszny jak go malują i w sumie wycieczka nie była aż taka męcząca. Super, tylko potem było co raz gorzej. W magiczny, nikomu nieznany sposób szyny na trasie Rzeszów-Gdańsk uległy wydłużeniu, dzielni maszyniści co i raz walczą z bandami rozbójników, kowboi i piratów (zależnie od części kraju), opóźniających podróż, zatrzymujących pociąg w głębokim polu. Pociągi wpadają w dziwną czasoprzestrzeń, są porywane przez kosmitów, a pasażerowie nie zdając sobie z tego sprawy myślą, że z nudów przespali się te dwie godzinki, chociaż zasnęli w Bochni a obudzili się w Krakowie (przed wojną pociąg przemierzał ten odcinek w pół godziny). Koniec końców, obecnie pociąg na trasie Podkarpacie-Trójmiasto jedzie trzynaście godzin (planowo) w porywach do dwudziestu. Najważniejsze jest więc odpowiednie przygotowanie

poniedziałek, 1 lipca 2013

Południe mówi „nie”. Północ mówi „tak”.





Nim zaczęłam jeździć z mojego rodzinnego Rzeszowa na Pomorze i nim jeszcze nawet ptaszki nie ćwierkały o nadmorskiej przeprowadzce, zauważyłam te różnice. Od czasu do czasu wykonując telefony służbowe do miast północnych (tak gdzieś od Poznania wzwyż) słyszałam odpowiedź: „Pani poczeka, tak?”, „Dyrektora nie ma, w delegację pojechał, tak?”, ”A teraz panią przełączę, tak?”. Tak. Wielka konsternacja, bo co tu odpowiedzieć? Odpowiedzieć „takiem” na tak, czy „nie” na tak, a może po prostu „dobrze”. A osoba, która „tak„ mówi może jest niepewna tego, co mówi i szuka u mnie potwierdzenia, mam jej potwierdzić, że szef jest w delegacji, wyczytać z zaczarowanej kuli, że tak. No oczywiście, od czasu do czasu „tak” na końcu wypowiedzi pasuje, ale w większości to jakaś drażniąca moda językowa, wszyscy „tak” mówią to ja też, w końcu jestem stąd. A może Północ jest bardziej rozwinięta marketingowo? Stara marketingowa metoda, atakowanie „takiem” bądź „prawdą”, zmusić rozmówcę do przytakiwania, co wg mnie prowadzi głównie do rozdrażnienia. No to teraz wychodzi na to, że Południe jest zupełnie zacofane marketingowo, bo często mówi „nie”, „no nie” na końcu zdania. A przecież wszyscy wiedzą, że mówienie „nie” stwarza psychologiczne, subtelne bariery w naszym bycie. Miałam na studniach wykładowcę, który nie pozwalał mówić zaprzeczeniami, bo – jak przedstawiał nam to obrazowo – w klatce piersiowej mamy taki mały magnetofon szpulowy, który to wszystko nagrywa, a potem nieszczęście gotowe i nic już Ci się nie uda studencie. Ha! A może to jest przyczyna zacofania Południa, takie mentalne „nie”-podwaliny. Na Południu mamy więc: „Przecież nie mogłam tam sama pójść, no nie?”, „Wyśle mi pani tą ofertę, nie?”, „Chyba przyślą nam tą odpowiedź, nie”. Znowu konsternacja. Trzeba przytaknąć czy nie przytakiwać? Bo przytaknąć „takiem” na „no nie” to czy to będzie odpowiednie, z kolei odpowiedź „nie” chyba oznacza po prostu nie, a może nie? I znów wielkie niezdecydowanie i mówiącego i słuchającego. Jako Rzeszowiance z urodzenia bliższe mi jest „no nie”, bardziej naturalne, mniej drażniące ucho. Ale zgłębiając znaczenie takiej wypowiedzi czuję taką samą dezorientację jak w przypadku północnego „taka”. Nie wiadomo, może za rok, dwa też będę przytakiwać, a tym samym mój wewnętrzny magnetofon szpulowy sprowadzi na mnie wielkie życiowe TAK.