środa, 21 sierpnia 2013

Piraci w Gdańsku


W Gdańsku piratów mamy trzech: jeden państwowy i dwóch prywatnych. Zakotwiczyli swoje szkuty na Starej Motławie i grasują w okolicy ulicy Długiej i Długiego Targu siejąc popłoch wśród tysięcy turystów przewijających się w sezonie letnim przez te rejony. A właściwie popłoch sieje tylko jeden z nich, niejaki Czerwony Korsarz, przez strażników miejskich zwany zakałą i wrzodem na gnuśnych strażniczych czterech literach. Ale po kolei... Oficjalnego, państwowego pirata nie widziałam jeszcze, a podobno jest na co popatrzeć, bo młody i odziany w strój historyczny piętnastowiecznego kapra (w odróżnieniu od "prywaciarzy", którzy mają image rodem z filmu o piratach). Dodatkowo pirat wybrany przez urząd miasta może się popisać gruntowną wiedzą historyczną na temat swojego alter ego, a poza tym – rzecz niebywała na Głównym Mieście - pozuje do zdjęć za darmo. Pirat Non Profit jest kontynuacją świeckiej gdańskiej tradycji, która zapoczątkował pan Andrzej Sulewski, gdański urzędnik, przechadzający się w kaperskim stroju i zabawiający zwiedzających przez niemal 20 lat kapitalistycznej Polski. Aby zapełnić lukę jaka powstała po odejściu pana Andrzeja, a którą skwapliwie wykorzystali przedsiębiorczy gdańszczanie, władze postanowiły rozpisać konkurs na nowego certyfikowanego pirata. Związana z tym faktem była cicha nadzieja, że jego pojawienie się wypłoszy niechcianego Korsarza. Wyszło tak jak zawsze, czyli nie wyszło w ogóle. Czerwony dalej okupuje ulicę Długą i Długie Pobrzeże, którymi turyści rozpoczynają zwiedzanie, natomiast certyfikowany lawiruje w pozostałych ekskluzywnych zakątkach starówki.
Piraci prywatni, wspomniany wcześniej Czerwony Korsarz oraz Krwawy Leo, przypominają wyglądem hybrydę Jacka Sparrowa i Szalonego Kapelusznika, choć do Johnnego Deppa im daleko. Na nieszczęście dla jednego z nich są niezwykle do siebie podobni i łatwo ich pomylić. Siwa broda, pasiaste, biało-granatowe koszulki, czerwone portki, buty z cholewami, przepaska na oku – koniecznie z trupią czachą i piszczelami, bransolety, sygnety, łańcuchy i co jeszcze da się przywiesić lub przypiąć. Wieść gminna niesie, że prawdziwy gdański pirat powinien w tym całym biżuteryjnym rynsztunku sypiać, co przynosi powodzenie u turystów. Prywaciarze zaczepiają spacerowiczów, pozwalają sobie zrobić odpłatne zdjęcie no i są oczywiście malowniczym elementem nadmotławskiej scenerii. To w teorii. W praktyce sprawa wygląda mniej sielankowo z uwagi na natrętną działalność Czerwonego Korsarza. Swoją pieczęcią niczym halabardą uderza przechodniów po odkrytych częściach ciała (nierzadko po dekoltach), porywa kobiety żądając za nie okupu, awanturuje się, bluźni, wyzywa. Powiadają, że ma wikińskie korzenie sięgające aż do Haralda III, co powinno wszystko wyjaśnić. Przy czym odznacza się sprytem cygańskiego dziecka, zwłaszcza w dziedzinie wyostrzonego zmysłu ostrzegawczego przed policją lub strażą. A ta ostatnia rozkłada ręce usprawiedliwiając się, że póki nie ma oficjalnych doniesień ze strony poszkodowanych, nie może nic z Czerwonym zrobić. Co więcej to pirat skarży się i wnosi sprawy na policję – głośny przypadek "porwania" turystki, którą uderzył kolbą pistoletu, na co towarzyszący jej mężczyźni zareagowali "godnie" ściągając w ten sposób na siebie doniesienie Korsarza o jego pobiciu. Kilka innych faktów z życia Korsarza to: chęć zbudowania okrętu za 26 mln zł na co chce zbierać pieniądze ("będę robił to, co robił Owsiak"), na jednym z portali społecznościowych oferuje bezrobotnym konsultacje w dziedzinie otwierania własnej firmy, w tym samym miejscu deklaruje także, że aby zrealizować swoje cele wykorzystuje wszelkie możliwe sposoby oraz, że łatwo nawiązuje kontakty z ludźmi. Ta łatwość w komunikacji interpersonalnej przejawiać się może w tym, że widywano go jak wymachuje "pirackim" nożem, którym podobno pociął kurtkę jednemu z fotoreporterów podczas tegorocznego Orszaku Trzech Króli. 
Jednak najbardziej pokrzywdzonym w tej pirackiej kabale jest drugi z prywaciarzy, Krwawy Leo. Jowialny, kolorowy jegomość, który często mylony jest ze swoim brutalniejszym kolegą po fachu. Pomyłki są do tego stopnia dotkliwe, że niedawno Leo został pobity przez chcących "przemówić do rozsądku" Czerwonemu Korsarzowi. Pierwsza gdańska krew w pirackim świecie się polała, a mieszkańcy omijając szerokim łukiem wszystko co pirata przypomina, czekają na ciąg dalszy spektaklu.

piątek, 2 sierpnia 2013

Refleksyjnie cz. IV. Rzeszowska Trasa Podziemna



Deszcz pada od kilku dni, rzeszowska starówka moknie i szarzeje coraz bardziej. Małe strumyczki deszczówki przelewają się wzdłuż głównych deptaków. Aneta i Karolina smętnie wyglądają przez okno jednej z restauracji w Rynku.
- Mogłyśmy przyjechać tu o tydzień później – wzdychała Karolina, starsza z sióstr – wakacje nie uciekną, a zapowiadali, że w przyszłym tygodniu na południu ma się rozpogodzić. Aneta nic nie odpowiada, pociąga wolno łyk czekolady ze stylizowanej filiżanki i zaczyna jeszcze raz przeglądać menu. Starsza siostra jak zwykle ma rację, ale cóż im teraz po tej racji. Jest nudo, nie ma co robić.
- A z tą trasa podziemną to jak jest? Może będzie jeszcze czynna? – pyta po chwili. – Wujek mówił, że mają prawdziwe tatarskie łuki i zbroje i jakiś kościotrup tam leży, chciałabym to zobaczyć – wzdycha.
- No nie wiem Aneta, dochodzi pół do szóstej, może być zamknięte – Karolina dopija czekoladę.
- Może zdążyłybyśmy na ostatnią grupę? Są podobno co pół godziny – zachęca dziewczynka.
- No dobra, spróbujmy – starsza z sióstr wstaje z krzesła i zakłada kurtkę.
U wejścia do rzeszowskich piwnic wita ich ozdobny neon „Rzeszów zaprasza do trasy podziemnej”.