piątek, 27 września 2013

Trochę o regionalizmach

Ostatnio znajomy oznajmił mi, że jechał pociągiem z panią z Rzeszowa. Skąd wiesz?, zapytałam. Powiedziała Ci? Nie, odparł. Mówiła: „miszcz” i „czymam”. Czy rzeczywiście Podkarpaciaki tak mówią? Przyznam się, że przez cały czas mojego bytowania na Podkarpaciu nie wychwyciłam tych niuansów, teraz zaś coraz częściej zaczynam je zauważać. Jako, że nie jestem językoznawcą postanowiłam sięgnąć do Internetu, zapytać wujka Google i ciotki Wikipedii, jak to mówią gimnazjaliści. Doszukałam się wskazań na dialekt małopolski, czyli osłabienia pewnych grup spółgłoskowych. Mamy więc: czeba, czymać, czy, dźwi, czcina, czmiel, dżewo (wymawiane jako jedna głoska) itp. No i moje ulubione, z przekorą i determinacją stosowane: Andżej. Pomorzakom śpieszę donieść, że Rzeszowiak i Krakowiak to dwa bratanki. Łączy ich wspólna historia (zabór austriacki, wspólnie tworzona historyczna kraina Galicji) oraz powiązania rzec by można konsumpsyjno-naukowe. Rzeszowiaka z Krakowem dawnej łączyły głównie uczelnie wyższe, na które mieszkańcy grodu nad Wisłokiem gremialnie wstępowali. Następnie, tak gdzieś w końcówce ostatniej dekady, rozpoczęły się wędrówki do krakowskich galerii handlowych (o tempora, o mores!). W ciągu ostatnich kilku lat Rzeszów stał się i ośrodkiem akademickim i mekką handlu. Przy czym statystycznie rzecz ujmując wzrost liczby profesorów uczelni wyższych jest odwrotnie proporcjonalny do wzrostu powierzchni handlowej przypadającej na jednego mieszkańca. A mówi się, że w Rzeszowie ta ostatnia jest największa w Polsce. Ostatnimi czasy natomiast powiązania między dwoma miastami następują głównie poprzez zakupy grupowe. Romantyczny weekend w Krakowie, wypoczynek w krakowskim spa, trzy dni dla dwojga, powitaj jesień w krakowskim aquaparku itd. Nie znam chyba Rzeszowiaka, który z takiej oferty choć raz nie skorzystał.
Inna moja refleksja dotyczy słynnego regionalizmu: „wyjść na pole”. Dla Podkarpaciaka to zwrot używany powszechnie ale cokolwiek wstydliwy, „na dwór” brzmi mu może czasem nielogicznie, ale stara się mówić „po warszawsku”. Natomiast dla Krakusa „na pole” to dumny element przynależności regionalnej i koniec tematu. Od czasu do czasu używam go z przemyślaną premedytacją testując Pomorzaków i o dziwo każdy rozumie, nikt się nie śmieje. Podobnie rzecz się ma z galicyjskim „ubrać buty, kurtkę...” zamiast włożyć. Jeśli zaś chodzi o pewne słowa używane na Pomorzu np. szlory (buty), jo (tak, potwierdzenie), sznek (drożdżówka), zakluczyć (zamknąć kluczem), bieda (ćma) to dla mnie były początkowo zupełnie niezrozumiałe, że nie wspomnę o gwarze kaszubskiej, którą określić można jako odrębny język.

wtorek, 17 września 2013

Kamienica Bergera w Sopocie




Kamienica J. J.Bergera w Sopocie. Utrzymany w stylu późnego klasycyzmu budynek przy ulicy Obrońców Westerplatte. Wdzięczny element polskiego horroru "Widmo" z 1985 roku. Pompatyczny Henryk Bista, jowialny Jerzy Stuhr, seksowna Grażyna Szapołowska, młody Michał Bajor, tajemniczy Jerzy Zelnik. Kamienica powstała w latach 70. XIX wieku na zlecenie gdańskiego radcy handlowego J. J. Bergera. Wtedy jeszcze ulica nosiła nazwę Willenstrasse czyli Willowa. Potem, w okresie międzywojennym, w budynku osiedlił się radca budowlany, Karl Hildenbrandt. Po drugiej wojnie światowej w murach budynku działała Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych, a jej przedstawiciele stworzyli tzw. "szkołę sopocką" w malarstwie czyli wyeksponowanie kolorów obrazu. Kolejno kamienicę zamieszkiwali i mieli w niej swoje pracownie różni artyści. Dzisiaj to zaniedbany budynek, prawdopodobnie odzyskany przez prawowitych prywatnych właścicieli.
To wszystko wiem od Agaty, która odwiedziła mnie w czerwcu. Wybrała sobie na urlop wyjątkowo deszczowy tydzień (lub też tydzień ten wybrał ją), więc z leżenia na plaży nic nie wyszło.

niedziela, 1 września 2013

Pomorskie karczmy góralskie?



Przestało mnie już dziwić, że pamiątki sprzedawane dajmy na to na bulwarze w Gdyni są identyczne z tymi, które można kupić nad Soliną w Bieszczadach lub na zakopiańskich Krupówkach. Różnią się jedynie podpisami – Solina 2012, Pozdrowienia z Sopotu, Zakopane itd. Gdy przyjrzymy się bliżej takiemu suwenirowi odkrywamy z rozczarowaniem maleńką naklejkę "made in PRC" tj. People's Republic of China. Kalkulujemy wtedy szybko, że ten dzwoneczek, stateczek czy inny pierdółeczek kosztował pewnie na hurtowni 2 zł, a my daliśmy 22 i odklejamy kompromitującą etykietkę, żeby ciocia, której to cacko kupiliśmy nie pomyślała o nas żeśmy sknery.
Cóż, globalizacja. W różnych częściach Polski są te same sklepy i restauracje czemu nie pamiątki? A co z jadłodajniami i przybytkami charakterystycznymi dla danego regionu? Chodzi mi tu o karczmy góralskie i nadmorskie tawerny. Na tapetę weźmy te pierwsze – karczmy góralskie w nadmorskich miejscowościach. Czy to może się udać? Z pewnym wahaniem muszę odpowiedzieć, że może.