wtorek, 17 września 2013

Kamienica Bergera w Sopocie




Kamienica J. J.Bergera w Sopocie. Utrzymany w stylu późnego klasycyzmu budynek przy ulicy Obrońców Westerplatte. Wdzięczny element polskiego horroru "Widmo" z 1985 roku. Pompatyczny Henryk Bista, jowialny Jerzy Stuhr, seksowna Grażyna Szapołowska, młody Michał Bajor, tajemniczy Jerzy Zelnik. Kamienica powstała w latach 70. XIX wieku na zlecenie gdańskiego radcy handlowego J. J. Bergera. Wtedy jeszcze ulica nosiła nazwę Willenstrasse czyli Willowa. Potem, w okresie międzywojennym, w budynku osiedlił się radca budowlany, Karl Hildenbrandt. Po drugiej wojnie światowej w murach budynku działała Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych, a jej przedstawiciele stworzyli tzw. "szkołę sopocką" w malarstwie czyli wyeksponowanie kolorów obrazu. Kolejno kamienicę zamieszkiwali i mieli w niej swoje pracownie różni artyści. Dzisiaj to zaniedbany budynek, prawdopodobnie odzyskany przez prawowitych prywatnych właścicieli.
To wszystko wiem od Agaty, która odwiedziła mnie w czerwcu. Wybrała sobie na urlop wyjątkowo deszczowy tydzień (lub też tydzień ten wybrał ją), więc z leżenia na plaży nic nie wyszło.
Chyba się tym bardzo nie przejęła, bo odkąd pamiętam Agata wolała aktywny wypoczynek. Poza tym urlop to urlop, z dala od rodzinnego miasta, z dala od pracy. Pamiętam, że jeszcze w szkole lubiła takie ciekawostki. Pewnego razu nawet zaciągnęła mnie na stary cmentarz w Rzeszowie – moim rodzinnym mieście, w celu odszukania grobu, który grał ważką rolę w "Trędowatej". Teraz zajęła się sopockimi kamienicami. Tutaj jest w czym wybierać, jeśli chodzi o zagadki architektoniczno-historyczne. A kamienica Bergera jest chyba punktem numer jeden dla takich "poszukiwaczy skarbów" jak ona. Osobiście nie przepadam za nią, to znaczy za tą kamienicą. Ile razy przechadzam się uliczką Obrońców Westerplatte i mijam ten budynek mam niemiłe wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Jakby mur miał oczy. Ewentualnie, jakby rzeźby u wejścia do niego, przedstawiające kobiety w antycznych togach, śledziły każdy ruch przechodniów.
Szczerze mówiąc zbytnio się wizytą Agaty nie przejmowałam. Głowę zabitą miałam pracą, wstawałam o szóstej, wracałam po piątej i tylko wieczorami zamieniałyśmy parę słów przy kolacji lub podczas spaceru. Agata dostała do ręki klucz i miała się sama "obsłużyć" na co przystała entuzjastycznie. Zawsze miała swoje sprawy i dziwne pomysły i nie lubiła jak ktoś za bardzo w nie ingerował. Przyznaję, że i mnie pomysł ten przypadł do gustu. Nieinwazyjny gość to najlepszy z gości. Teraz czasem żałuję, że nie słuchałam jej uważniej. Może nie skończyłoby się to tak jak się skończyło.
Agata postanowiła sprawdzić kto teraz mieszka w kamienicy Bergera, jakie są jego związki z pierwszym właścicielem i poznać skryte przed ogółem architektoniczne ciekawostki posiadłości. Jak już wspominałam, kamienica obecnie jest zaniedbana i zarośnięta. Ledwo co można dostrzec zza rozłożystych gałęzi klonu i lipy jej front, a także nieczynną, kamienną fontannę przed wejściem. Tym bardziej w czerwcu, kiedy roślinność ma swój czas ekspansji. Kiedyś znajomy wspominał mi, że mógłby przysiąc, że z fontanny przed willą tryskała woda, ale wydaje mi się to mało prawdopodobne. Bardziej możliwe, że były to omamy wzrokowe krótkowidza na chwilę przed zachodem słońca.
Któregoś wieczoru gdy spacerowałyśmy z Agatą po plaży, a był to wieczór wyjątkowo pogodny jak na tamte dni, zwierzyła mi się, że wtargnęła na teren posesji. Jej oczy zaświeciły przy tym jakby właśnie miała pięć lat i otrzymała od Mikołaja konika na biegunach. Podobno boczne ściany budynku też ozdobione są rzeźbami, jakimiś aniołkami jadącymi na lwach czy coś takiego, a zza bujnych krzewów wyzierają na styl starożytny rzeźbione filary i pilastry. Agata zaglądała też do środka budynku przez okna nisko usytuowanego parteru. Jeśli jej wierzyć całość wykończona jest drewnem koloru orzecha w stylu komponującym się z fasadą, czyli kolumnowym z zawijasami, łukami, cyzelowanymi płaskorzeźbami. Po środku widoczne były schody, których nie powstydziłby się dekorator "Przeminęło z wiatrem". U sufitu można było dostrzec podwójny, złoty kandelabr. W pomieszczeniu, w którym znajdowało się okno, przez które Agata podglądała rezydencję, stało stare barokowe, czarne biurko z otwartymi pustymi szufladami. Więcej zobaczyć nie zdołała, ponieważ usłyszała jakieś poruszenie na froncie willi. Coś jakby pękanie ścian i odpadanie tynku. Nie wzięłam wtedy na poważnie wrażeń Agaty. Czasami morze wydaje dziwne odgłosy, zwłaszcza w deszczowy dzień. Osobie nie oswojonej z nimi mogą się kojarzyć z czymkolwiek.
Na dwa dni przed wyjazdem moja przyjaciółka "wpadła na trop" – jak sama stwierdziła uśmiechając się tajemniczo, w rozmarzonym zamyśleniu kręcąc na palcu lok swoich długich włosów. Podobno przewertowała stare wydania "Gazety Gdańskiej" i natrafiła na wzmianki o willi Bergera. Pokazała mi kserówki, które zrobiła w bibliotece. Jak dziwnie wtedy wyglądały gazety. Nie do końca odbite czarne napisy z białymi lukami, krótkie, gęsto zapisane kolumny poprzedzielane czarnymi liniami, u dołu strony reklamy usługodawców, które były zarazem obwieszczeniami informacyjnymi. "Roman Zagowski – Gdynia – skład papieru, ksiąg handlowych, kalki krajowe" - przeczytałam. Powyżej kilka małych artykulików: mieszkania dla robotników w Gdańsku, wielki doroczny zjazd członków spółdzielni Pomorzanka, zaginęły dwie turystki, pomysłowy złodziej skazany, no i na samym końcu - światowej sławy kardiolog u radcy Hildenbrandt w Sopocie. Na czarno-białej fotografii pokiereszowanego papieru gazetowego, willa Bergera. Obok krótka notatka o niezwykłym zaszczycie jakim obdarzeni będą co niektórzy Sopocianie zaproszeni na przyjęcie powitalne połączone z konsultacjami medycznymi. Początkowo stwierdziłam, że artykuł jest mało odkrywczy. Informacja o kardiologu nie miała nic wspólnego z poszukiwaniami Agaty. Ona jednak zwróciła moją uwagę na zdjęcie willi i na jej element, a właściwie elementy, których tam brakowało. Mianowicie rzeźb dwóch kobiet w antycznych szatach. Faktycznie, na zdjęciu z 1937 roku nie było ich. Na pozostałych kopiach fotografii z tamtego okresu również ich nie było. Mało tego, nie było również rzeźb z boku budynku, które – jeśli wierzyć Agacie – teraz go otaczały. Może artyści, którzy tam osiedlili się po wojnie dobudowali je, zaryzykowałam stwierdzenie. Chyba wtedy Agata nic nie odpowiedziała, nie pamiętam już dokładnie. Cały czas tylko zwijała loki na palcu uśmiechając się w zamyśleniu. Gdy się tak uśmiechała jej pyzate policzki jeszcze bardziej okrąglały na kształt rumianych jabłek.
Zachęcona opowieściami Agaty wybrałam się nazajutrz sama pooglądać kamienicę. Przyznaję, że zrobiłam to bardziej z chęci dotrzymania przyjaciółce kroku w poszukiwaniach niż z osobistego zainteresowania. Jak wspomniałam, willa Bergera nie cieszyła się u mnie wielką atencją, a nawet powiedziałabym, że nieco się jej obawiałam. Takie irracjonalne uczucie, które każe nam przejść na drugą stronę ulicy mimo, że wokoło nie widać zagrożenia. Wracając z pracy zboczyłam więc ku Obrońców Westerplatte, przeszłam przez uroczy mostek nad wąwozem rozcinającym Skarpę Sopocką, minęłam Kościół Chrystusowy, stwierdzając po raz wtóry, że nieźle burżujom z ulicy Willenstrasse musiało odbijać, bo zbudowali sobie własny kościół, tylko po to aby nie bratać się z pospólstwem wewnątrz miasta. Być może dzięki temu szybciej trafili do nieba. Przeszłam jeszcze kilka metrów i spostrzegłam, że brama posiadłości Bergera jest otwarta. Właściwie to nie chciałam tam zaglądać, to nie w moim stylu, ale coś przyciągało mnie ku sobie. Kto wie, może to było to samo co przyciągało Agatę. W każdym bądź razie weszłam do ogrodu, ale nie zabawiłam tam długo. Rzuciłam tylko okiem na kamienną fontannę, ponieważ wydawało mi się przez moment, że tryska z niej woda. Zdziwiona podeszłam więc, ale to tylko promienie zachodzącego słońca rzucały taki wyjątkowy poblask na część kamiennej dekoracji. Przez cały czas czułam się wyjątkowo nieswojo, odczucie bycia obserwowaną nie opuszczało mnie i miałam wrażenie, że z domu zaraz ktoś wybiegnie i wytknie mi moje wścibstwo. Chyba nawet posłyszałam ciche trzaski, coś jakby uderzanie kamieniem albo chrzęst żwiru. Postanowiłam oddalić się czym prędzej, spojrzałam tylko ostatni raz na dom i fontannę oraz na napis, który widnieje na jej kamiennej obręczy: aqua est aeternitas – widoczny tylko dlatego, że ktoś przede mną odsłonił i przydeptał porastające gęsto paprocie. Może Agata? Woda jest wiecznym trwaniem. Napis wybity w kamieniu germańską czcionką. Co poeta miał na myśli? Może puszczali tędy sopocką solankę i wierzyli w jej wpływ na długowieczność? Ta myśl rozśmieszyła mnie na chwilę, bo solanka jak wiadomo ma specyficzny zapach siarki, toteż efekty organoleptyczne w tym ogrodzie byłyby osobliwe. Niezidentyfikowany odgłos dobiegający zza willi wyrwał mnie z zamyślenia i przyspieszył decyzję o opuszczeniu tego miejsca. Zdążałam do domu z niezrozumiałym pośpiechem, prawie jakby ktoś wymknął się z tajemniczej posiadłości i mnie śledził. Postanowiłam, że nie będę już więcej się tam zapuszczać.
Agata miała powrotny pociąg w piątek, w czasie mojej pracy, toteż pożegnałyśmy się wieczór wcześniej, przyjaciółka miała klucze od mieszkania zostawić u sąsiadki. Nigdy więcej już Agaty nie zobaczyłam. Owszem, dziwiłam się, że nie dała znać jak minęła podróż i czy szczęśliwie dojechała, ale zwaliłam to na karb jej niezależności i nie przejmowałam się tym. W każdym razie do czasu, gdy w moich drzwiach stanął policjant i zaczął wypytywać o Agatę. Okazało się, że nigdy nie dotarła do Rzeszowa. Jej bagaż odnaleziono w przechowali na dworcu w Sopocie i to stamtąd zadzwoniono na policję, gdy właścicielka nie zgłaszała się kilka dni. "Gazeta Gdańska" rozpisywała się o tym dość długo. Obok sprawy sprytnego złodzieja z Wejherowa, zaginiona turystka z Rzeszowa stanowiła zajmujący temat. Miałam nawet wizytę jakiegoś dziennikarza, który liczył na ciekawostki typu "zemsta oszukanego kochanka", ale niestety obszedł się smakiem i nawet firmowe pendrive'y nie zdołały mnie przekonać do ujawnienia informacji o Agacie.
Minęło lato, wrzesień choć chłody, ale słoneczny, zapowiadał długą jesień. Znajomy zaprosił mnie na swoje urodziny, które miały odbywać się w nowej knajpie przy ulicy Goyki. Mogłam iść dłuższą trasą przez Aleję Niepodległości, ale byłam już trochę spóźniona, więc wybrałam krótszą. A droga ta prowadziła przez mostek nad wąwozem i przez Obrońców Westerplatte. Zapomniałam wtedy o swoim postanowieniu, chęć dostania się jak najszybciej na imprezę była silniejsza. Szybkim krokiem mijałam kolejne rezydencje i prawie że udało mi się minąć tę bergerowską, gdyby nie poblask, który zauważyłam kątem oka i który zadecydował o przystanięciu i zaglądnięciu do ogrodu. To nie był błysk zachodzącego słońca, z fontanny faktycznie wytryskiwała woda perląc się i migocząc jak złote cekiny w zachodzącym słońcu. Coś kazało mi podejść bliżej, popatrzeć i dotknąć migoczącej kaskady. Na przeciw mnie wyraźnie odznaczał się wklęsły napis, odsłonięty tym razem z powodu uschniętej roślinności. Aqua est aeternitas. Nie pamiętam co wtedy pomyślałam, pozostaje to dla mnie zagadką. Wiem, że miałam już dotknąć skrzącej się tafli, ale w zamiarze tym przeszkodził mi głuchy odgłos zza budynku. Wiedziona dziwną intuicją podeszłam do muru, skąd wydawało mi się dobiega zagadkowe trzaskanie i odsłoniłam zarastające ścianę pnącza winobluszczu. Tam, w łukowato ukształtowanej wnęce, stała rzeźba antycznej bogini. Długie włosy spływały jej przez lewe ramie i zawijały się na wskazującym palcu uniesionej ku skroniom dłoni. Gest tak mi znany i utrwalony we wspomnieniach. Nie wiem jak długo tak stałam i wpatrywałam się w kamienną postać. Nie wiem jakim sposobem zdołałam nie krzyczeć i nie rzucić się do ucieczki. Po prostu odeszłam. Minęłam fontannę, nagle całkiem suchą i niewskazującą na to, że kiedykolwiek była czynna, stary klon, żelazną bramkę i wyszłam. Wiem, że wiedziałam wtedy coś o czym zapomniałam przechodząc przez granicę posiadłości. I wiem, że postąpiłam słusznie.


2 komentarze:

  1. to juz wiem gdzie sie koniecznie musze wybrac jak bede w Sopocie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Może lepiej tam nie zaglądać :)

    OdpowiedzUsuń