piątek, 25 października 2013

Warto zobaczyć: Muzeum Dobranocek w Rzeszowie



Japończycy kochają Misia Uszatka. Precyzja wykonania kukiełek, tła, animacji znajduje w ich oczach najwyższe uznanie. Po japońsku nasza stara dobranocka nazywa się „Oyasumi Kumachan”, a głos misia brzmi jak dziecięcy (podkłada go kobieta). Takich rzeczy można dowidzieć się zwiedzając Muzeum Dobranocek w Rzeszowie – jedyne w Polsce takie muzeum. 
Był taki czas gdy wszystkie dzieciaki od Przemyśla po Gdynię oglądały dobranockę o godzinie 19 i znały tych samych bajkowych bohaterów. Te czasy przypominają ekspozycje w muzeum. Możemy w nim zobaczyć autentyczne kukiełki z łódzkiego Semafora: Misia Uszatka z ferajną czy Misia Coralgola w różnych odsłonach, łącznie z aranżacją ich bajkowego otoczenia. Ponadto przypomną nam się takie postacie jak: Baltazar Gąbka, Bolek i Lolek, Koziołek Matołek, Pingwin Pik-Pok, Plastuś, Reksio, Rumcajs i wiele innych, na czele oczywiście z Jackiem i Agatką – patronami muzeum. Ciekawostką są również oryginalne szkice, scenariusze, tła, recepty animacyjne, dzięki czemu możemy zobaczyć jak powstawały nasze ulubione dobranocki i jak wyglądała praca ich realizatorów "od kuchni". Ręka w górę kto oglądał bajki na projektorze? Kto miał grę "wilk i zając"? Komiks "Koziołek Matołek", "Tytus Romek i A'Tomek"? Szklankę z Rumcajsem, oliwkę "Jacek i Agatka", figurki Smerfów, gumę balonową "Bolek i Lolek", czytał o Przygodach Gapiszona w piśmie "Miś", pamięta gramofon "Bambino"...? To wszystko można jeszcze raz zobaczyć w jednym miejscu. Muzeum jest oczywiście przeznaczone głównie dla dzieci, organizuje dla nich różne pokazy i eventy, jednak frekwencja wśród dorosłych przerasta najśmielsze oczekiwania założycieli. A założycielem jest prywatna osoba, pan Wojciech Jama, który przez wiele lat kolekcjonował pamiątki po bajkach PRLu. Z pasji kolekcjonerskiej powstała inicjatywa samorządowa i obiekt publiczny.
Cóż więcej można dodać, to trzeba zobaczyć. Jeśli ktoś chce wsiąść w wehikuł czasu to warto.
Bilety w cenie 7 zł i 4 zł.



czwartek, 10 października 2013

Ptaki w mieście

Porównując dwa regiony trudno nie zahaczyć choć odrobinę o specyfikę ich fauny i flory. Pomijając fakt oczywisty tj. ukształtowanie terenu oraz jego wilgotność występuje w nich kilka wyznaczników, które na pierwszy rzut oka łatwo przeoczyć. Dzisiaj przyjrzę się bliżej faunie, a dokładnie mówiąc: jej skrzydlatej miejskiej kategorii. Jakie ptaki śpiewają nad szumiącym morzem? Pamiętacie dreszczowiec Hitchcocka? Jedna z pierwszych scen to atak mew na dziecięce przyjęcie. Nie dziwię się dlaczego właśnie ten gatunek został tak nieprzychylnie wyróżniony przez mistrza. Mewy to drapieżcy, zimni i przebiegli. Mewa to połączenie rosyjskiego szpiega z gestapowcem. Bacznie obserwuje, lustruje, zagląda. Jej blade oko śledzi każdy Twój ruch, czasem wydaje się, że spod skrzydła wyciągnie giwerę. Mewa zawsze wie dokąd idzie (w odróżnieniu od gołębi, które kręcą się w kółko), ma cel, ma plan. Jest odważna i zawsze wkurzona. Jest doskonałym lotnikiem nieustannie gotowym zrzucić swój ładunek, potrafi szybować podczas burzy, dobrze pływa i biega po lądzie. Rodzina mew tworzy liczny oddział. Nad Bałtykiem rozróżnić możemy co najmniej sześć ich gatunków. Najczęściej spotykane i najmniejsze z nich to mewy śmieszki. Ten gatunek możemy spotkać też na Podkarpaciu w pobliżu rzek, jezior a nawet wysypisk śmieci. Kolejne co do wielkości to mewy małe, pospolite, żółtonogie, srebrzyste, siodłate (największe). Oprócz mew możemy natknąć się również na ich młodszą siostrę rybitwę. To taka rozwrzeszczana, zawadiacka krewniaczka o charakterystycznej czarnej główce, często nurkująca po pożywienie (mewy nie nurkują), a gorzej radząca sobie na lądzie.