środa, 20 listopada 2013

Być modnym w 3 City


Co nosimy tej jesieni w Trójmieście. Hity z ulicy.
1. Futro. Misiek, kożuszek, wełniaczek, włochacz. Cokolwiek co ma sierść. Ewentualnie z braku takiego można wziąć pluszowego misia do SKM i udawać, że to kaptur lub torebka.
2. Szale i chusty. Albo jeszcze lepiej – poncza. Cokolwiek czym możemy sie opatulić, okręcić, czy nawet zrobić z tego całun gdy czekamy na spóźniający się autobus i zapadamy w letarg (dobra jest kapa z łóżka). Sekretem, który kryje się pod wielkimi szalami jest...
3. Malutka skórzana kurteczka. Wprawdzie już listopad, ale z braku futra i z chęci bycia modnym zakładamy ją, po czym uszczelniamy wszystkie szpary chustą.
4. Spodnie rurki, legginsy, tregginsy, rajstopy, spodnie do konnej jazdy. Ma być wąsko. W Trójmieście ponadto spotykamy wyjątkowo dużo "panter", a "panterą" najłatwiej zostać ubierając się w legginsy w cętki.
5. Mimo, że moda na mega obcasy wciąż ma się dobrze, na trójmiejskich ulicach najczęściej można spotkać buty płaskie, najlepiej coś w stylu glanów, workerów, a także odmiany "uggów", botków i trampek. Jak pada deszcz – kalosze, ale tylko Huntery. Zasada jest taka, że muszą być wygodne i lekko "zmęczone życiem" (oprócz Hunterów).
6. Torba gigant. Taka co zasłania pół ciała, można się nią ochronić przed wiatrem oraz zmieścić w niej księgowość małej firmy.
7. Czapka – najlepiej ręcznie robiona, dokerka lub szara "kloszardówka". Ewentualnie wełniany kapelusz. A jak nie nosimy czapek to...
8. Kok-gniazdko, zrobiony na czubku głowy. Można sobie tą fryzurą zrobić szybki biologiczny lifting czoła.
9. Kolorystyka: czarny, szary, zieleń militarna, beżowy, brązowy, granatowy, biały.
To nie wszystko, bo jeśli chcemy naprawdę być mega-trendi musimy zaopatrzyć się w...
10. E-papieros. Stojąc w kolejce na poczcie, do kina, na dworcu, w trolejbusie, w sklepie. Gdziekolwiek. Wypuszczamy obłoki pary wodnej ku zgorszeniu tych, którzy trendi nie są.
Keep calm and smoke e-cigarette.


piątek, 15 listopada 2013

Sopoccy menele + dygresje



"Sopot never sleeps" – to jedno z czołowych haseł Sopotu. Dewizę tę wcielają w życie balangowicze, turyści łaknący mocnych-nocnych wrażeń i menele. Niby kurort, uzdrowisko, molo, Sheraton i Grand, a z drugiej strony: "kierowniku, pięćdziesiąt groszy..."
Oczywiście, pijaczkowie są wszędzie, nie ma co do tej kwestii wątpliwości. A atrakcje Sopotu idą łeb w łeb w tej dziedzinie z krakowskimi Plantami.
Jest tutaj kilka miejscówek, w których rezydują menele. Przede wszystkim ich gniazdo znajduje się na niewielkim skwerku przy ul.1 Maja blisko tunelu. Ławeczki, krzaczki (nie wydają na szalety), w pobliżu monopolowy, cukiernia i Alma, a kilka kroków dalej jadłodajnia Caritasu. Żyć nie umierać. Od rana do nocy odchodzą więc imprezy i żul-konwenty, a czasami czarny rynek gdy trzeba rozdystrybuować zawartość świątecznych paczek charytatywnych. A popołudniami następuje pomoc sąsiedzka gdy handlarze z tunelu zanoszą swój towar do samochodów, zawsze parę groszy wpadnie. A poza tym rozmowy o polityce i ekonomii ("patrz pan, a po co pracować jak i tak państwo zabiera połowę, ja to się chociaż do akcyzy dokładam, niech się cieszą"). Klasyka po prostu. Ponadto sopocki menel, tak jak zresztą każdy inny, żyje w zgodzie z naturą, na świeżym powietrzu, wygrzewa się na słonku (często na plaży), dużo wypoczywa, bo szybko się męczy, lubi towarzystwo, za duże adidasy, różnorakie torby i czapeczki, a do tego zazwyczaj jest lewakiem ("lepiej daj mi na jabola, niż księdzowi na merola").