wtorek, 17 grudnia 2013

Wesołych Świąt!



niedziela, 8 grudnia 2013

Co może zdziwić mieszkańca Polski południowej na północy kraju – cd.



Ciąg dalszy postu z lipca: klik
- Wciąż jest zimno i wieje. Ostatnio powiało tak, że na Bałtyku powstały czterometrowe fale.
- Święty Mikołaj zostawia prezenty w butach. Dzień wcześniej pastujemy, glansujemy nasze buty i wystawiamy Mikołajowi by rankiem szóstego grudnia odkryć w nich prezent. Wiadomo, duża stopa, duży prezent. Wnioskuję również, że Hobbici, syreny i Wojciech Cejrowski nie dostają prezentów od pomorskiego Mikołaja. Na Podkarpaciu nie ma kategoryzacji miejsca doręczeń.
- Świeczniki adwentowe. Siedmioramienne świeczniki (często lampki udające świeczniki) w kształcie trójkąta stawiane w oknach. I tak, albo w każdym tygodniu Adwentu zapalamy codziennie po jednej, czyli w niedzielę świecą się wszystkie, albo każdej niedzieli świecimy po jednej - przy świecznikach czterodzielnych (o ile dobrze zrozumiałam). Tak czy inaczej w oknach możemy zaobserwować w tym okresie charakterystyczne trójkątne lampki.
- W mieście Sopot zauważalna jest wyjątkowo duża ilość psów. Wydaje się, że każdy kto tu mieszka ma średnio tak ze dwa psy. Najczęściej są to rasowce przypominające lwy, mumie czy małe kłębki wełny. Oczywiście bardzo to pozytywne i chlubne, tylko gorzej już ze sprzątaniem po psie, co przyjezdni od razu zauważą.
- Przyjęciny. To nie zniekształcone słowo "przyjęcie" tylko inna nazwa na I komunię świętą.
- Przerażająca aktywność kontrolerów tzw. kanarów. Tutaj nazywani są też "sztruksami". Rano są w prawie każdej kolejce i autobusie. Kanar z zasady jest arogancki, obraźliwy i nuci pod nosem "welcome to the jungle". Ponadto ubiera się na czarno (zazwyczaj w sztruksy) i łapie tych co nie mogą uciec, natomiast osoby większe od niego gabarytami oraz meneli puszcza wolno.
- Spotting. Coś takiego istnieje nie tylko na północy, ale ja spotkałam się z tym po raz pierwszy tutaj. Narzędzie użyteczne gdy zostawimy torbę w SKMce, jednak najczęściej są tam ogłoszenia typu: "pozdrawiam wysokiego bruneta, który jechał 5 grudnia o 6:50 rano SKMką z Wejherowa do Gdańska. Miałeś piękne błękitne oczy i białe słuchawki. Zauważyłam, że przeglądasz Twittera. Jak pociąg zatrzymał się na Żabiance uśmiechnąłeś się do mnie, a ja mrugnęłam lewym okiem. To ja, dziewczyna z kapturem na głowie. Odezwij się w komentarzu etc."
Love is in the air.

czwartek, 5 grudnia 2013

Biesia zasłona (opowiadanie)






To miało być krótkie przejście. Ze względu na nieprzychylną aurę pogodową nie zdecydowali się na nic dłuższego. Padało od dwóch dni i dopiero dzisiaj nieśmiało wyjrzało słońce. Nie świeciło jednak na tyle długo i intensywnie by bieszczadzkie dróżki, ścieżki i trakty stały się całkowicie suche i dostępne. Nawet droga do sklepu naznaczona była błotnistymi korytami zostawionymi przez samochody oraz mniejszymi wgłębieniami poczynionymi przez ludzi. Podjęli jednak decyzję o wyjściu tego dnia na szlak. W Bieszczadach zatrzymali się tylko na kilka dni, a większość z nich spędzili na piciu piwnego grzańca w tutejszych knajpach i bezmyślnemu gapieniu się na deszcz. Gdy w końcu przestało padać decyzja o wyjściu w góry została podjęta jednomyślnie. Mieli wystartować z miejscowości, w której się zatrzymali – Wetliny i dotrzeć poprzez pasmo gór do oddalonego raptem o kilka kilometrów Smereka, którego nazwę nosi również szczyt, przez który chcieli przejść. Przy lepszej pogodzie byłby to zaledwie spacerek, preludium do dalszych tras. Dzisiaj jednak i to zdawało się być poważnym przedsięwzięciem.
Aśka, Karola i Marcin. Jeździli w Bieszczady każdej jesieni by z dala od zgiełku i tłumu miasta pooddychać kilka dni świeżym powietrzem, pochodzić po górach, zmęczyć się i wypocząć, nabrać świeżej energii przed nadchodzącą zimą. Wprawieni w górskich wycieczkach, wyposażeni w nieodzowny sprzęt i ubranie, zapaleni do pokonywania leśnych wzniesień i wałów. Ich kwatera była położona nieco na uboczu, wiodła do niej piaszczysta droga, teraz tak samo jak wszystko inne mocno podmokła i miękka. Pokoje wynajmowała starsza pani, która mieszkała razem ze swoim wiekowym ojcem, reszta rodziny uciekła do stolicy. Kobiety prawie w ogóle nie spotykali, natomiast starzec całymi dniami siedział na dworze lub w małej werandzie. Albo coś strugał z lipowych deseczek, albo czytał gazetę, albo po prostu nic nie robił, tylko patrzył w dal niewidzącym wzrokiem.
Tamtego dnia wyszli na szlak dość późno, jak na jesienną porę, bo około godziny dziesiątej. Wszystko przez to pochmurne niebo dające złudne wrażenie, że jest jeszcze wcześnie. Aśka z Karolą postanowiły oznajmić gospodarzom, że wychodzą na szlak i gdzie się udają. Tak z globtroterskiej zasady, na wszelki wypadek. Pani domu nigdzie nie mogły znaleźć, toteż zmuszone były poinformować staruszka. Siedział jak zwykle przed domem i czytał gazetę.