czwartek, 30 stycznia 2014

Majster Bieda – legenda Bieszczad

Skąd przychodził, kto go znał                         autor: Wojtek Bellon
Kto mu rękę podał kiedy
Nad rowem siadał, wyjmował chleb
Serem przekładał i dzielił się z psem
Tyle wszystkiego, co sobą miał
Majster Bieda

Czapkę z głowy ściągał, gdy
Wiatr gałęzie chylił drzewom
Śmiał się do słońca i śpiewał do gwiazd
Drogę bez końca co przed nim szła
Znał jak pięć palców, jak szeląg zły
Majster Bieda

Nikt nie pytał skąd się wziął
Gdy do ognia się przysiadał
Wtulał się w krąg ciepła jak w kożuch
Zmęczony drogą wędrowiec boży
Zasypiał długo gapiąc się w noc
Majster Bieda

Aż nastąpił taki rok
Smutny rok, tak widać trzeba
Nie przyszedł Bieda zieloną wiosną
Miejsce, gdzie siadał, zielskiem zarosło
I choć niejeden wytężał wzrok
Choć lato pustym gościńcem przeszło
Z rudymi liśćmi jesienną schedą
Wiatrem niesiony popłynął w przeszłość
Majster Bieda



Władek Nadopta (1922-2005). Dla tych którzy go znali po prostu Władek. Przydomek Majster Bieda nie bardzo mu się podobał, mówił, że zawsze za siebie płaci, ma co zjeść i w co się odziać. Przeszkadzała mu też ostatnia zwrotka utworu Balona sugerująca, że zmarł, a przecież przeżył Wojtka o dwadzieścia lat.
Urodził się we Lwowie. Bardzo wcześnie został sierotą i już jako nastolatek tułał się z gitarą po Polsce. Wojna zastała go znów we Lwowie, tam przeżył okupację rosyjską, niemiecką, w końcu trafił na roboty przymusowe do Reichu. Po wojnie nie miał już do czego wracać, zaciągnął się więc do pracy w kopalni na śląsku. W Bieszczady przyjechał pierwszy raz w 1962 roku by spędzić urlop, potem rok później, a kolejnym razem został już na zawsze. Mając czterdzieści lat stwierdził, że skoro i tak tam gdzieś na górze zasądzono mu ciężkie życie, to niech ono chociaż będzie ciężkie na jego warunkach. I rzucił wyzwanie losowi. Wolał chłód, polowe warunki życia, niepewność spędzenia zimy, niż kierat dnia codziennego podrzędnego pracownika wielkiej machiny. No i ta wolność wędrowca, który od czasu do czasu, przy świetlistej pogodzie może dostrzec ze szczytu Tarnicy "swoją" Ukrainę.
Żaden z bieszczadzkich zakapiorów nie jest aniołem, raczej nawróconym grzesznikiem, taki był też Majster. Siedział chwilę w więzieniu ("pogonił teściową"), zostawił na śląsku żonę i syna i nigdy już do nich nie wrócił. Nie żałował sobie gorzałki, a i bijatyki nie raz były jego udziałem.
Majstra las żywił i utrzymywał. Od wczesnego przedwiośnia do później jesieni zarabiał sprzedając to co w nim znalazł: zrzuty jelenich poroży, pstrągi z górskich potoków, jagody, grzyby. Zimą zatrudniał się jako drwal, a pod koniec życia, zimował u bieszczadzkich przyjaciół i "nikt nie pytał skąd się wziął, gdy do ognia się przysiadał".
Władka Nadoptę spotkałam tylko raz. Jako nastolatka wędrowałam kuzynką jednego lata w okolicach Połoniny Wetlińskiej. Zatrzymałyśmy się na postój w jakieś zacisznej kotlince, a niedaleko nas siedział on. Odwrócony plecami, patrzący w zachodzące słońce, z granatowymi od jagód ustami i palcami, barwami wojownika wolności. Posilał się, ale nie wiem czy kanapką z serem. I nie było przy nim psa. Sprawiał wrażenie nieobecnego duchem, albo inaczej – jakby sam był duchem tych gór. Władka znałyśmy ze zdjęć i opowieści. Miał charakterystyczne długie siwe głosy i pomarszczoną, nieco płaską twarz. Jako nieśmiałe nastolatki nie odważyłyśmy się zagadać. Szkoda.
Władek znał Bieszczady "jak pięć palców, jak szeląg zły". Każdy szlak, każdy trakt, ścieżkę zwierzyny, szczyty zaznaczone na mapach i te nieznane. Nie raz pomagał GOPRowi w odnajdywaniu zaginionych (odznaka "Zasłużony dla Ratownictwa Górskiego"). Wiedział gdzie niedźwiedzie mają gawry i gdzie się kręcą watahy wilków. Włóczył się po lesie po kilka dni, mając ze sobą tylko śpiwór, scyzoryk, konserwy, herbatę i cukier. Często opowiadał, że sypia w paśnikach dla dzikich zwierząt. Zawija się w śpiwór, w siano, a rano budzą go sarny wyjadające spod niego posłanie.
Turystom najbardziej znana jest jego opowieść o zagubieniu się w drodze na Sianki (nieistniejąca dziś wieś). Zimową porą zmierzch zapada szybko, zwłaszcza w gęstym borze i Władek zabłądził, zwiódł go bies błądzeń. Myślał, że już po nim, jednak jakimś cudem natrafił na rozwalającą się bacówkę. Miała tylko dwie ściany spięte dachem. Majster umościł sobie posłanie na starych drzwiach, które przykrył gałęziami jodły i rozpalił ognisko, które podtrzymywał całą noc dokładając żerdzie starego płotu. Tak przeżył, a rano okazało się, że jest pięćdziesiąt metrów od drogi. Widać bieszczadzkie anioły miały go w swojej opiece.
Odszedł na niebieskie połoniny nagle. Było ciepłe lato, a jego zmogło zapalenie płuc. "Wiatrem niesiony popłynął w przeszłość". A jednak od czasu do czasu ktoś, kto właśnie zszedł z gór, napomknie, że widział na połoninach postać tak bardzo podobną do Majstra.


Na podstawie książki pana Andrzeja Potockiego "Majster bieda czyli zakapiorskie Bieszczady" (stąd też scan zdjęcia) oraz jego filmu dla TVP o Majstrze Biedzie.

środa, 22 stycznia 2014

Morsy


Spacerujesz sobie brzegiem morza. Jest zimno i mokry wiatr przeciska się przez kołnierz. Z utęsknieniem myślisz o gorącej herbacie w przytulnej kawiarni. Mijasz przechodniów tak samo jak ty zmarzniętych i zgarbionych od wiatru. Nagle jeden z nich, starszy pan spacerujący z pieskiem, zaczyna się rozbierać, po czym wskakuje do morza. Pluska się kilka minut. Wychodzi, ubiera się i kontynuuje przechadzkę z psem, który ze znudzoną miną obserwował rozgrywająca się przed chwilą scenę.
Takie obrazki można zaobserwować nad Bałtykiem i to dość często. Postanowiłam więc dowiedzieć się czegoś więcej o morsach.
Przede wszystkim pan, o którym wyżej mowa, złamał dwie zasady związane z przygotowaniem do morsowania. Po pierwsze: zawsze musimy mieć towarzystwo, osobę, która stoi na brzegu i w każdej chwili może wezwać pomoc, a przede wszystkim - co częstsze – pomóc się ubrać. Wyziębione ciało, zwłaszcza dłonie i stopy nie zawsze będą nas słuchać. A po wyjściu z zimnej wody temperatura ciała wciąż spada. Po drugie: przed morsowaniem konieczna jest rozgrzewka, najlepiej bieg. Tak samo po wyjściu z wody – wtedy nawet dłuższa niż ta pierwsza.
Wydaje się, że ten rodzaj aktywności przeznaczony jest tylko dla ludzi o zdrowym układzie krążenia i sercu, fizycznie sprawnych. Znam jednak morsa, który jest szczęśliwym posiadaczem blizny na sercu po zawale i doskonale sobie radzi zimą w przeręblu. Ale to wyjątek (choć wcale nie tak rzadki). W morsowaniu bowiem najważniejsze jest przygotowanie. Czas i dyscyplina to słowa klucze do tajemnicy hartowania ciała.
Zanim będziemy pływać w zimowym morzu, jeziorze, rzece musimy praktykować zimne kąpiele przez około pół roku. Dobre i najłatwiejsze do zrealizowania są domowe zimne kąpiele i prysznice. Codziennie. Poza tym, już końcem lata zaczynamy krótkie pluskanie się w płytkiej wodzie w naturalnym zbiorniku – dwa razy w tygodniu. Bardzo ważna jest rozgrzewka następująca po wyjściu i ubraniu się.
Proces adaptacji do zimna jest długi i stopniowy. Ci, którzy pływają w wodzie o temperaturze zero stopni, ba, nawet nurkują, mają za sobą kilkunasto, a nawet kilkudziesięcioletni proces hartowania. Takie osoby nigdy się nie przeziębiają, nie chorują na grypę, zatoki i inne tego typu schorzenia towarzyszące zimnej porze roku. I co jest również nie do przecenienia – jest im cieplej! Tak, bo w organizmie przez ten czas zaszły pewne procesy, które pozwalają mu lepiej, bardziej komfortowo znosić zimno. Korzyści pojawiają się również w parametrach krwi, układu sercowo-naczyniowego, wątroby, nerek i innych wskaźnikach. Mówi się, że zimne kąpiele obniżają wiek biologiczny organizmu o 8-16 lat! Wszystkie księżne w Carskiej Rosji musiały codziennie takich kąpieli zażywać i to od najmłodszych lat. A skóra ich była jędrna i bez cellulitu. A poza tym stawiały pałace i ścinały głowy bez zająknięcia... Bo zimna woda podnosi poziom energii i dodaje chęci do działania. W Polsce też mieliśmy lodową księżną, Aleksandrę Zajączkową. O jej młodym wyglądzie plotkowała cała Europa. Mając 70 lat uwiodła i rozkochała w sobie o 40 lat od siebie młodszego mężczyznę, który dawał jej najwyżej 35. Dożyła 98 lat i przez całe życie spała przy otwartym oknie, łóżko kazała sobie okładać bryłami lodu, sypialnia jej wyglądała więc jak lodówka z rybami w supermarkecie.
Korzyści są wielkie, ale ostrzegam, takie ekscesy bez odpowiedniego przygotowania mogą doprowadzić do szoku termicznego, a nawet w skrajnych przypadkach do śmierci. Jeśli ktoś chce morsować najlepiej dołączyć do klubu morsów ze swojego regionu, trochę poczytać i pamiętać: czas, dyscyplina i metoda małych kroczków.