sobota, 29 marca 2014

Siekierezada w Cisnej – knajpa kultowa

Mówią, że Siekierka nie jest już tą knajpą co kiedyś. Mówią, że zakapiorzy dzisiaj są biznesmenami, a schroniska hotelami. Ostatniego lata sprawdzaliśmy to, posłuchajcie.

Pierwsze wrażenie jest wyraźnie pozytywne. Dawniej z zewnątrz oberża wyglądała niezbyt zachęcająco, rożne wątpliwej estetyki ozdoby wisiały na białej elewacji niczym kwiatki u kożucha. I ten napis "drink bar", który zawsze budził moje rozbawienie, choć może miał i on swoją historię. Dzisiaj Siekierka wita nas swoim z daleka widocznym czarnym szyldem na drewnianej ścianie, schludnej, nowej, choć w bieszczadzkim klimacie. A w środku? Labirynt. Schody, piętra, galerie, muzeum, płytkowane podłogi oraz...dźwięki pianina. Co się dzieje? - patrzymy po sobie. Gdzie siekiery? Rogi? Biesy? Zwiedzamy labirynt. Największa sala okolona jest wielkimi fotografiami bieszczadzkich zakapiorów, świeckimi kapliczkami. Chór hartowanych bieszczadzkim żywotem twarzy. Potem dowiaduję się, że w tej sali odbywają się koncerty i imprezy. Z niej przechodzi się do jądra przybytku, czeluści właściwej, stąd dochodzi potępieńcze wołanie: "siekieraaa...!" Zanim jednak tam wejdziemy postanawiamy rozejrzeć się po reszcie hmm... ekspozycji? Na najwyższym poziomie jakiś chłopak gra na pianinie rzewną melodię, a grupka emerytek w adidasach ogląda obrazy. Rzucamy szybko okiem. Ładne, ale nie po to tu przyszliśmy.


 Napis "drink bar" ukrył się tutaj.
 

I w końcu wkraczamy do serca knajpy.
Tutaj gości pochłania drewniane królestwo rzeźb, obrazów o niewybrednej biesiej tematyce, rogów rodem z najgłębszych otchłani piekła, prawdziwych jelenich zrzutów, świec i luster. Z każdego kąta spoglądają na nas złośliwe dusiołkowate i diable ślepia, czasem natrafić można na jakąś lipową czarownicę, najczęściej nagą. Czyli nic się nie zmieniło. Uff. Zajmujemy stolik w sali rogatej uprzednio zamówiwszy złoty trunek przy barze. Rozglądamy się. Za stołem z wbitymi w blat dwoma siekierami – symbolem przybytku, siedzi jakiś mężczyzna. Mocno już podcięty, a może skacowany, bo każdorazowy ryk kelnerki maluje na jego twarzy bolesny grymas. Baba zza baru drze się jak istna diablica. "Siekiera osieeeem!" I na ladzie ląduje taca z dymiącymi plackami po bieszczadzku (gdzie indziej nazywanymi po węgiersku, po cygańsku i jak kto chce). Podchodzi chuderlawy studenciak i odbiera parujące talerze, uprzednio oddając demonicy swój znaczek-siekierę osiem. W tym piekielnym wnętrzu piwa szybko ubywa (chyba wyparowuje), więc podchodzimy do kontuaru i zamawiamy kolejne. Sam bar to nie byle co. Jego sklepienie wsparte jest na czterech drewnianych czartach. Czarnych jak smoła, groteskowo powykrzywianych, trochę przypominających afrykańskie bożki. Diabły – nie tylko te przy barze – spętane są grubymi łańcuchami. Prawdopodobnie po to by nie nawiały, a może by nie dosadziły się do beczek z piwem. Poza tymi czterema bufet pełen jest innych drewnianych stworów, łańcuchów, rogów (zastanawiam się czy wszystkie mają "ziemskie" pochodzenie), ostrych narzędzi. Kufli i butelek także, ale to standardowe akcesoria, więc nie dziwią. Prosimy o piwo Siekierezada, które dla mnie jest nowością, kilka lat temu jeszcze go nie było. Piwo ma oryginalną etykietę, logo Siekierezady oraz wiersz. Dość osobliwy i ekscentryczny, oddający klimat miejsca. A samo piwo wyśmienite, z małego regionalnego browaru (do wyboru: jasne, ciemne, miodowe). Odchodząc od kontuaru rzucam okiem na swoje odbicie w jednym z luster (mój ojciec mawiał: "baba żadnemu lustru nie przepuści"). Przez ułamek sekundy patrzy na mnie wiedźma ubrana w mój podkoszulek. Oglądam się na Krzyśka zdezorientowana, a on spogląda to na lustro to piwo i stwierdza: "ale się postarzałem". Przy szynkwasie jest jeszcze jedna zajmująca rzecz. Dziewięć stołków obleczonych bawolą skórą i podpisanych imionami zakapiorów. Tych co już odeszli na niebieskie połoniny. Dziewięciu najwyższej próby przedstawicieli tego gatunku. Zubow, Rados, Francuz, Połonina, Jan Małpa, Marsula, Witek Malarz, Pezeks, Papa Smerf. Na miejscu Zubowa siedzi gość podobny do Martina Scorsese*.

Do knajpy przylepione jest muzeum-garaż zabytkowych pojazdów. Kilkanaście rupieci na kołach, takich co to maja duszę, pamietają czasy wojny i w ogóle ambrozja w gardło kolekcjonera. Krzysiek ogląda zahipnotyzowany. A ja w tym czasie zastanawiam się gdzie jest toaleta. Odnajduję ją za księgą pamiątkową i kolejnym czarodziejskim lustrem, w które przezornie już nie spoglądam. Jak się dowiaduję kibel ufundował niejaki Maciek z Wołomina i chwała mu za to.

Czas na podsumowanie. Siekierezada zmieniła się to fakt. Fakt, który jednak mi nie przeszkadzał wczuć się w ten zakapiorsko-biesi klimat, wysłuchać opowieści tubylca, powspominać przy piwie, pofantazjować. Biesy to ludzie (jakkolwiek niepokojąco to brzmi). Nic już nie jest takie jak kiedyś, gdy "bieszczadzkie żmije kończyły ludzi".** No nie jest. Ale takie jak teraz też nie będzie, więc trzeba brać to co jest i patrzeć w przód.
Kiedy moi rodzice jeździli w Bieszczady, spali pod brezentowym namiotem, kąpali się w potoku, po wino chodzili kilka kilometrów do GieeSu (podobno trudno było donieść całe), a dziewczyny opalały się nago na "wyspie" w Polańczyku. Gdy ja zaczęłam jeździć w Bieszczady, spałam "na glebie" w schronisku (co już nieco kosztowało), myłam się w zimnej wodzie, a w góry wybierałam się w trampkach, w których wydawało mi się, że lecę nad połoninami. A obecnie wolę wynająć pokój z łazienką, czasem kupię pamiątkę i bez kijków nie wychodzę na szlak. Co może oznaczać, że również przyczyniam się do "komercjalizacji Bieszczad". Za co wszystkich mędrców-bieszczadersów przepraszam.



*Jeśli wierzyć opowieściom Janusza Zubowa spotkał on razu pewnego Martina Scorsese, a opowieści te zaczynały się tak: "..siedzę w Nowym Jorku i obok mnie siedzi facet z bananem w uchu".
**To z opowieści Ryśka "Burego" Denisiuka.

bar
bar



sala rogata




piątek, 14 marca 2014

Przepis na zupę rybną

Źródło: Pinterest

Zacznę od tego, że gdy mieszkałam na Podkarpaciu ryby nie były stałą częścią mojego menu. Z prostej przyczyny – trudniej jest je tam dostać. Chodzi mi tu oczywiście o te świeże. A i wybór jest ograniczony. Gdy przeprowadziłam się do Sopotu zmieniłam nieco nawyki żywieniowe, bo ryby tu są niemal "chlebem powszednim" i jada się je prawie codziennie. Powszechnym daniem jest oczywiście zupa rybna. Jej odmian jest tak wiele jak wielu kucharzy. Dzisiaj przedstawię jeden z nich.
Zupę tę gotuje mój drogi mąż, toteż zastrzegam na wstępie, że ten opis będzie jego indywidualną recepturą. Z moimi komentarzami oczywiście.
Do sporządzenia zupy potrzebne są dwa, trzy gatunki ryb, najlepiej takie: łosoś, pstrąg, dorsz. Im więcej ryb tym lepiej. Mieszkając nad morzem najlepiej udać się wczesnym rankiem na przystań rybacką i nabyć z pierwszej ręki np. dorsza bałtyckiego. Staruszek rybak siedzący co rano na nabrzeżu za parę groszy kilkoma sprawnymi ruchami noża patroszy rybę. Wieść gminna niesie, że kiedyś był wiedźminem.
Poza rybami musimy dysponować: warzywami (pietruszka, marchewka, seler, cebula, czosnek, papryka), przyprawami (sól, pieprz, ziele angielskie, liść laurowy, słodka papryka).
Wstępem do przyrządzenia zupy jest oporządzenie ryb. W tym czasie delikatna kobieta wychodzi z kuchni i udaje się np. kupić brakująca przyprawę. Dobry jest pieprz, bo dodajemy go na końcu, więc zakupy mogą chwilę potrwać. Ewentualnie mówimy, że "mamy natchnienie" i odchodzimy do komputera by coś napisać. W tym czasie mężczyzna z głów ryb usuwa skrzela i oczy oraz odcina płetwy. Ryby są również pozbawiane łusek (najlepsza do tego celu jest zwykła łyżka stołowa).
Po tych mrożących krew w żyłach zabiegach chirurgicznych należy ugotować bulion. W jego skład wchodzą: marchewka, pietruszka, seler, głowy ryb (np. jedna łososia i dwie pstrąga), płetwy (np. z jednego łososia), mała cebula, ząbek czosnku, ziele angielskie, liść laurowy i oczywiście woda (tak ze dwa litry).
Gdy bulion jest już gotowy należy go przecedzić i do tak uzyskanego "rosołku" włożyć resztę pstrąga. Zagotować. Ugotowanego pstrąga wyjmujemy z bulionu i rozkładamy na talerze, by potem zalać go gotową zupą (dłużej gotowany rozpadłby się).
W tym czasie na patelni podsmażamy trochę cebuli i papryki pokrojonej w paseczki. Posypujemy je słodką papryką w proszku.
Gdy pstrąg już jest gotowy i wyjęty z garnka, czas na kawałki (filety) mięsa łososia i dorsza. Wrzucamy je do bulionu razem z wcześniej podsmażonymi cebulą i papryką. Gotujemy chwilę. Przyprawiamy wedle naszych upodobań. Gdy uznamy, że polewka jest już smaczna, rozlewamy ją do talerzy, gdzie wcześniej wyłożyliśmy pstrąga.
Uff, gotowe.
Zupa jest naprawdę pyszna, pożywna, sycąca i rozgrzewająca. Ponadto, bogata w witaminy z grupy B, witaminę A, D, E, wapń, potas, kwas foliowy i inne. Wykonanie jej jest niestety dość długie i trzeba się trochę napracować. Ale jak ktoś lubi takie zajęcia (kochany mąż!) to efekt jest znakomity.

Powodzenia.